civ.org.pl forums > Space 4X - Space Empires V - Multiplayer > Kronika - Space Port 08
Zmień język na polski. Switch to English.

Print This Topic        Mark Topic as Unread 

civ.org.pl forums > Strategie Kosmiczne 4X > Space Empires V - Multiplayer
Poster
Message    
Anamorian
Status: Veteran

Posts: 494
Registered: Dec 13, 2009
IP: Logged
Kronika - Space Port 08 [post #1]

Postanowiłem założyć ten temat, choćbym i sam musiał go prowadzić ^^

Na wstępie proponuję przedstawić nasze rasy: Tak jak ja to już uczyniłem.
Więc niniejszym, pozwolę sobie na przekopiowanie owego opisu

<<Mam do was wielką prośbę, gdy zauważycie jakiś błąd mówcie - Jestem dyslektykiem i pomimo wielokrotnego przeglądania tekstu, za każdym razem jak go czytam jakiś kwiatek mi wyskakuje - takowy zaraz usuwam ale... Ile jeszcze uszło mojej uwadze? Z góry przepraszam więc, za wszelkie błędy jakie w poniższych tekstach mojego autorstwa wystąpią. Serdecznie zapraszam jednak do czytania i ogólnego komentowania w jakimkolwiek odpowiednim ku temu temacie o Space Port 08.>>

Nazwa typu struktury sprawowania rządów: Imperium
Nazwa Imperium: Aurelenei
Flaga Imperium:

Shipset Imperium: Amon'krie

Typ Władcy: Wysoki Kapłan
Imię Władcy: Anamorian Aurelenei
Model Psychologiczny Wyższych Sfer: Moderatywny
Nazwa Rasy: Neetem
Typ Rasy: Humanoidy
Obrazek Rasy:

Typ Planety Macierzystej: Lodowa, przesycona metanem.
Typ Społeczności: Naukowcy
Specjalistyczne zdolności rasy: Biologiczno-Religijne
Historia Rasy: Kruche, bierne istoty jakimi były Neetem w zamierzchłych czasach każdej innej rasie wydawać musiały się żałosne... Nie warte uwagi...

Zamierzchłych czasach... Lecz tak działo się jeszcze 400 lat temu, czyli zaledwie 4 ich pokolenia upłynęły. Od błysku.

Od początku nowej ery.

Odległa, jakby przymglona gwiazda która nie dawała praktycznie żadnego ciepła powoli wychyliła się znad widnokręgu gasząc swoje odległe krewne na zaledwie połowie nieba. Tak więc, gdyby teraz któraś z lewie żywych żartów natury uniosła głowę ku niebu mogła by nadal obserwować. Te denerwująco odległe, nie istotne odpryski pyły Maasenee - Twórcy Świata. Gdyby zaś spojrzała w lewo, w stronę nieśmiało spoglądającego rąbka dawcy marnej namiastki życia - Jej dusza mogła by zachwycić się pięknem, połyskującego i jakby tańczącego w oczach lodu przewiercanego przez jego promienie. Gdyby tylko umieli...

W niewielkim zagłębieniu, po środku nie przebytych równin gdzieniegdzie połyskujących fioletem czarnych pustkowi, lodowatej śmierci. Zbita w gęstą gromadkę siedziała, leżała lub częściowo stała podpierana przez sąsiadów w odmiennych pozycjach grupa Neetem. W obdartych skórach Agratora, dzierżąc w swoich dłoniach włócznie wykonane z Łez Maasenee - Wiecznego lodu z nieba.

Wszyscy wydawali się całkowicie zobojętnieni, niemrawo rozglądali się dookoła wielkimi czerwonymi oczyma spod powoli nań opadających światłochłonnych błon.

Byli już martwi.

Inni dawno odeszli.

Do ziemi, gdzie grunt jakby buchał własnym ciepłem topiąc okalający go lód.
Ale oni zostali wygnani z raju.

Najsłabsi muszą zginąć, to pustkowie nie wykarmi wszystkich.

Musimy zginać... Przepaść... Zapaść się w pustkę...

To całe przeznaczenie naszej rasy.

Nie, oni bynajmniej tak nie myśleli. Nie myśleli bowiem już o niczym. Ich ciała, pozbawione substancji odżywczych powoli poddawały się ziąbowi. Ich dusze, powoli stawały się jednością z otaczającą mroczno-fioletową bryłą lodu.

Nad nimi zalśniła zorza, ledwie się jarząca... Jakby przyblakła, na wpół przezroczysta. Nikt jej jednak nie widział, żadna zobojętniała głowa nie podniosła się ku niej. Oczy leżących na wznak, nie widziały już niemal niczego.

Błysk, z odległego słońca napłynęła fala światłą i ciepła która zdawała się napełniać ich wszystkich nowymi, nie spożytymi ilościami energii - Tak jakby na chwilę, zmienili się w Fuugony, brązowawe narośle które zdawały się żywić tylko tym strumieniami mdłej poświaty. Błysk... Wszystkie głowy odwróciły się ku temu zjawisku, jak na komendę. Wszyscy czuli to samo, ciepło w sercu. Ciepło... Siły... Czuli Życie. Czuli je, nie tą namiastkę, starannie okrytą płaszczem trwogi, niepewności - A wręcz niemal pewności nadciągającej zagłady. Nie iskierkę, lecz palący się z gigantyczną siłą płomień. Płomień który rozszedł się na całe ich ciała.

Wszyscy powstali, zaś jeden. Przyozdobiony w szaty odrobinkę, jakby mniej zniszczone. O postawie sugerującej resztki godności. Wyszedł przed grupę. Niczym emisariusz w stronę odległej gwiazdy.

Gwiazda również się przybliżyła, zaś lud pod ich stopami zaczął trzeszczeć. Lecz nikt nie przejął się tym najstraszniejszym z kataklizmów - Rozprężeniem cieplnym które od mileniów dziesiątkowało ich rasę. Czuli go, i on czuł ich.
Anamorian, teraz wyglądając jakby został przyobleczony w szatę z czystej purpury o postawie charakteryzujących tych którzy wiedzą. Tych którzy żądzą, i tych... Którzy, przed wszystkim, żyją. Upadł na prawe kolano, nie wiedząc co prawda po co - lecz wiedząc iż tak trzeba. Uniósł dłonie, chwytając w nie odległe słońce.

To nagle przygasło.

Planeta umilkła.

Anamorian odwrócił się w stronę wygnanych, unosząc nad głowę promieniującą złotawym światłem kulę. Wrażenie w ich sercach i ciałach bynajmniej nie znikło, lecz wręcz się wzmogło. A każdy, wydawał się każdemu bliższy.

Upadli na klęczki jak jeden mąż, a ich umysły na chwilę zanurzyły się w wielkości. Wielkości tego, który dał im życie.

Oto... Był błysk.

Widzieliście początek nowej ery tak jak ja go widziałem.

Stojąc, nas szczycie niedalekiego pagórka.

I dają nadzieje tym, którzy jej dostać nie powinni.


Później przez wiele lat, Anamorian jednoczył swych braci. Zaś każdy kto do niego dołączył stawał się oczkiem siatki rozpiętej po całej planecie.

Ogniwem, która miała doprowadzić jego rasę.
Tam.

400 lat, po Błysku
W luźnych, łuskowatych brązowych szatach bez ramion Neetem bawił się Fioletowym ognikiem, nakazując mu przelatywać z dłoni do dłoni.

W jego umyśle zaś, na skraju świadomości tańczyła obecność.

Tego, który jest jego panem.

On był jedynym wolnym, wśród istot pozbawionych okowów. I owa wolność, ciążyła mu niczym najcięższy blok lodowy.

Zamknął dłonie, ognik znikł.

Odwrócił się w stronę kolumny w kształcie sopla, na której szczycie spoczywał zdobyty 400 lat temu, przez niego samego dar nadziei.

-Zgodnie z twoją wolą, Kosmos... Dzisiaj, dostałem raport z naszej kolonii. Oni też są gotowi. W tym dekasaanie zaczniemy. Podbój... Zgodnie z twoją wolą... - Zamilkł, zaś za jego plecami nie zauważony przemknął cień. Niższy, tęższy i bardziej ludzki od Neetem.

Nikt nie mógł zauważyć delikatnego uśmieszku na jego ustach.

Społeczeństwo: Każdy Neetem włączony jest do sieci pseudo-psionicznej opartej na wiązaniach neuronowych w podprzestrzeni. Jest to technologia niekopiowalna, otrzymana w czasie błysku. Dzięki temu wszyscy są w stanie przekwalifikować się w ciągu ułamka sekundy i otrzymać wszystkie niezbędne informacje jeszcze szybciej. Każdy pracuje nad tym, co mu sprawia największą przyjemność. Odsetek renegatów jest niewielki, skrzywienie psychiczne które może spowodować nieużyteczność jednostki występuje u 0.79% populacji nie narażonej na szkodliwe oddziaływanie środowiskowe. Rządzi wyłączony z sieci Najwyższy kapłan przekazujący wolę Dawcy swoim zastępcą którzy to rozprowadzają ją po sieci.

Sieć posiada jednostkę centralną poza zdolnością pojmowania nawet pseudo-mentalnego kolektywu Neetemowskiego. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Lecz w pewnych ważnych okresach, każdy Neetem czuje pragnienie - Jak najbardziej naturalne - Przydania się do czegoś.

Biologia: Neetem są organizmami biologicznymi, zimnolubnymi (Od -260 do -31 są w stanie funkcjonować bez zakłóceń. Najwyższa temperatura w której Neetem nie doznał trwałych uszkodzeń to 5 stopniu Celsjusza) Rasa o wysokim współczynniki re produktywności, żyworodna.
Odnośnie ich ciał - Ze względu na niską grawitacje homeworld, są wysocy i chudzi. Skura ma karnację od błękitu aż po fiolet (Wyjątkowo rzadko). Oczy czerwone, przystosowane do widzenia w podczerwieni lecz ich zasięg percepcji ogarnia również ludzkie spektrum widzialne a nawet ultrafiolet. Na głowach jako symbol pozycji "zapuszczają" włosy, które są mieszaniną chemiczną powoli rozrastająca się poprzez wyłapywanie z powietrza odpowiednich składników. barwa zależy więc od atmosfery planety. Twarze mają bardzo gładkie, jajowate usta małe nosy ledwie odstające. Małżowin usznych brak. Preferują ozdoby z brązu, ponieważ pochłaniając go przez skórę, ich ciało wydziela pewne szczególne cząstki poprawiające ich samopoczucie.

Nazwy Projektów: Składa się z dwóch członów: Angielskiego opisu funkcji, którą dany model będzie pełnił np. Standard Missile Line Ship - "SMLS" oraz dowolnej nazwy, zdaniem władcy pasującej do danego projektu np. Storm. Powstaje wtedy SMLS Storm. Ulepszone projekty, w zasięgu jedynie jakości komponentów opisuje kolejna liczba rzymska. Natomiast okręty zmodernizowane o pewną pulę nowych komponentów otrzymują końcówkę Mk. z odpowiednią cyfrą rzymską.

[Edited by Ceasar Of Rome on Jun 04, 2010 at 18:55]

Feb 21, 2010 at 18:01
Gadu-Gadu: 9654374
XFire rennkar
Print
Anamorian
Status: Veteran

Posts: 494
Registered: Dec 13, 2009
IP: Logged
2400.0 [post #2]

-A więc stało się... Maszyna faktycznie ruszyła... Teraz, już tylko ty możesz ją na dobrą sprawę powstrzymać. Choć... Po co? Dzieło Czterech Stuleci mojego żywota, a twojego kaprysu.
Anamorian stał zwrócony w stronę kuli, tkwiącej na piedestale. Jego przysłonięte w pełni zaciągniętą błoną czerwone oczy ledwie różowiały w oczodołach, zalewanych przez złotą poświatę świętego artefaktu.

Mówił cicho, lecz głosem donośnym rozlewającym się w olbrzymiej heksagonalnej sali. Mówił do siebie, świadom iż nikogo tu być nie może. Żadnej marionetki, która swoją błogą służbą przypominała by mu o ciężarze własnej wolności.

-Prace wrą, i tu i tam... Pierwsze kolonizatory z prawdziwego zdarzenia wyruszą w świat. Już, faktycznie - Tak jak rzekłem wczoraj - Pozostał Deekasaan do ich odlotu. Pomimo, iż na razie przypominają jedynie zwielokrotniony szkielet prastarych Agratorów z podań sprzed ery mroków. Z setkami Neetem, pełzających po ich powierzchni niczym antagonistyczny odpowiednik robactwa...

Zamilkł teraz na dłużej, jakby zagłębiwszy się w swych myślach. Stał tak nieruchomo, przez dobry kwadrans. Aż... Błona na jego oczach powoli się uniosła, a czerwone ogniki z zadziwiającą przenikliwością zaczęły lustrować ten tak dobrze znany przedmiot. Klucz do jego śmierci i zniewolenia.

Lewa dłoń zręcznie i szybko śmignęła ku prawemu przedramieniu aby przekręcić i lepiej dopasować pokrytą z zewnątrz warstwą zastygłej, wypolerowanej rtęci bransolecie o spodzie pokrytym brązem. Po czym wróciła na swoje miejsce.

Znów zamarł na chwilę, jednak gdy koniuszki jego ust jakby odrobinkę się uniosły - Majestatycznym krokiem ruszył w kierunku artefaktu.
Delikatne kroki, wzbudziły potężne echo wśród purpurowych ścian poprzetykanych czarnymi i białymi żyłkami.

Gdy zatrzymał się, i oburącz dotknął kuli te nadal trwały. Złota poświata otoczyła jego dłonie, echo uległo wypaczeniu. Zniekształcony już i tak odgłos kroków, zmienił się w jednostajny szept. Szept sieci, strzępy przesyłanych myśli i informacji. Oto trzymał w dłoni całą swoją cywilizację. Serce serc, mózg mózgów.

Swoją własność. To w końcu on. ON, JEGO poświęcenie doniosło ją tutaj. Dało spełnienie jego kaprysu... Który wcześniej uratował życie Anamoriana...

Tłumiona irytacja, bezsilna wściekłość i wszystkie inne tłumione przez dziesiątki dekad emocje nagle wybuchły ze straszliwą siłą.
Oderwał kulę, od idealnie wyprofilowanego łożyska na którym wcześniej spokojnie leżała i uniósł nad głowę.

Już, miał ją cisnąć gdy przeszkodził mu chichot. Dziwny... Bardzo dziwny, zupełnie nie Neetemski chichot.

-Przecież wiesz, iż to nie pozostawi na niej rysy... A nie, tego jeszcze nie sprawdziłeś. Więc śmiało! - Głos był głęboki, melodyjny o wyjątkowo dziwnym akcencie. I w tonacji, której nigdy nie słyszał. No chyba... Że na krawędzi snu i jawy, w najgłębszej medytacji... Gdy niemal dotykał swego Kata i zbawcy.

Sparaliżowany Anamorian nie śmiał poruszyć ani jednym mięśniem, jego umysł stanowił teraz niemożliwe do zrozumienia kłębowiska chaotycznych myśli.

Echo głosu przybysza, dawno umilkło już gdy Kapłan powoli opuścił kulę. Odłożył na piedestał drżącymi jak w febrze dłońmi i obrócił się powoli.

-Panie...

Powiedział drżącym, lecz pewnym głosem upadają na prawe kolano.

-Mój Panie...

[Edited by Anamorian on Feb 22, 2010 at 17:44]

Feb 22, 2010 at 15:09
Gadu-Gadu: 9654374
XFire rennkar
Print
Anamorian
Status: Veteran

Posts: 494
Registered: Dec 13, 2009
IP: Logged
2400.1 [post #3]

- A więc... Kolonizatory wyruszyły?

Zapytała cicho odwrócona tyłem do ołtarza i kuli, wyglądający z okna umieszczonego w ścianie dokładnie naprzeciwko soploidalnej podstawy. Niska aczkolwiek tęga istota o głowie pokrytej czarną, lśniącą nieco w płomieniach zamglonego słońca naroślą składającą się z wielu innych jakby wyrastających z głowy tasiemek o minimalnej średnicy.

Anamorian cały czas nie mógł się nadziwić, odmienności tej istoty. Ich zbawcy... Mimo, iż od ich poznania upłynął już równy Deekasan. Deekasan, temu odkrył na co czekał przez te Cztery Stulecia Ciągłego Wysiłku. Wysiłku który się opłacił...

Deekasan temu

-Pa...
Chciał powtórzyć jeszcze raz, lecz słowa dotąd pewne... Nie chciały wymknąć się z jego ust, bowiem na czole człowieka który stał przed nim pojawiła się drobna zmarszczka.

Co mogła ona mówić przedstawicielowi obcej rasy, który człowieka widzieć prawa nie miał nigdy? On po prostu... Odczuł to, drobna iskierkę niezadowolenia, promieniującego od potężnie zbudowanej postaci. Czy tutaj część fizycznie werbalna miała jakikolwiek wpływ? Trudno jednoznacznie orzec...

Powstał, On nie musiał niczego mówić. Anamorian wyższy od swego Boga, spoglądając z góry w jego absurdalne biało-zielono-czarne receptory wzrokowe wcale nie czuł się w najmniejszym stopniu odeń większy. W jakimkolwiek zakresie.

Z postaci, odzianej w szare lśniące i delikatnie powiewające na chłodnym wietrze szaty i czarny przyczepiony do zaczepów na ramionach płachcie materiału powiewającej na plecach promieniowała dziwna aura. Mieszanina odwieczności, wiedzy, znudzenia, władzy, mocy i czegoś jeszcze... Ledwie uchwytnego, lub po prostu niemożliwego do zidentyfikowania przez Neetem.

-Czterysta lat, tyle trwała nasza znajomość korespondencyjna. I chyba nie tak sobie, mnie... Wyobrażałeś?

Zapytał się tym swoim nienaturalnym głosem Pan, nie poruszając głową - Ani nie przerywając trwającej wymiany spojrzeń.

-Nie... Rennkarze, lecz Ty o tym wiesz...

Powiedział Anamorian, a słowa te mimo zduszonego gardła były dobrze słyszane. Odbiły się nie słabnącym echem, którym ściany zdawały się nasiąknąć. W powietrzu, ciągle - Gdzieś na granicy słyszalności szeleściło imię Zbawcy Neetem, gdy ten przemówił ponownie.

-Anamorianie... Anamorianie... Mój drogi, cieszę się - Iż przynajmniej Neetem nie trzeba nakazywać, nazywania Rzeczy po imieniu. Wiem wiele, lecz to chciałem usłyszeć z ust twoich... Anamorianie...

Powtórzywszy po raz trzeci imię swego proroka, przeciągał je... Smakował jakby. Zapadła cisza, echo umilkło całkowicie.

Rennkar odwrócił głowę i wolnym krokiem podszedł do odległego o ponad dwadzieścia metrów okna.

Anamorianowi zdawało się, iż echo kroków stóp odzianych miękkie wykonane z nieznanej mu skóry buty wybijało rytm wieczności. Cichy lecz zwielokrotniony... Grzmiący szelest...

Gdy już tam dotarł, podciągnął się na parapet który znajdował się na wysokosci piersi zwykłego Neetem - Czyli tuż ponad jego głową bez wyraźnego wysiłku. Zdawać się mogło, iż grawitacja nie miała na niego wpływu. Echo kroków przebrzmiało.

Zaś on, rozsiadwszy się wygodnie i rozejrzawszy się po lodowym mieście za oknem powoli, jakby niemrawo obrócił głowę w stronę Arcykapłana Anamoriana.

-Rozpoczęła się nowa era

Stwierdził cicho, niemal wyszeptał. Lecz Anamorian usłyszał to, bardzo wyraźnie. W jego uszach, słowa te zagrzmiały odgłosem setek dzwonów. Lecz na co one dzwoniły?
Trwogę, radość... Czy żałobę?

Obecnie

-Ich już jest w drodze nasz osiągnie wysoką orbitę...

Przerwał mu odległy szum, jakby wzbierającej fali... Coraz głośniejszy aż Anamorian wyróżnił w nim wiwaty i okrzyki rodaków.

-Osiągnął

Stwierdził tylko, nie odwracając głowy od tłumu zebranego na placu przed świątyniom.

-Nowa era... Będziemy panami przestworzy!

-Nie sami...

Odparł Bóg, z nutą niecierpliwego oczekiwania... I jakby strachu, który to Neetem rozróżnił dopiero po chwili. Słyszał go bowiem po raz pierwszy, w Jego głosie.

Lecz zanim zdążył to zrozumieć, Rennkar odszedł już od okna. Minął go i kroczył ku kuli.

A jego niewidoczna teraz dla Anamoriana twarz, aż nazbyt pozbawiona była wyrazu.

Feb 22, 2010 at 19:00
Gadu-Gadu: 9654374
XFire rennkar
Print
Anamorian
Status: Veteran

Posts: 494
Registered: Dec 13, 2009
IP: Logged
2400.3 [post #4]

-Drony wysłane? Zaopatrzone zgodnie z moim rozkazem?

Zapytał się Rennkar niedbale oparty o kolumnę-sopel, świdrując swoimi białkowymi oczyma najwyższego kapłana.

-Tak... Rennkarze, z naszym przekazem radiowym nadawanym w kółko. Reaktor atomowy podobno wytrzyma takie zużycie energii... Przez sto lat, ale naprawdę uważasz iż dobrze jest podsyłać taką cykająca bom...

Bóg znów, przerwał swojemu słudze. Lecz tym razem, nie potrzebował już do tego żadnego gestu - czy też grymasu. Na chwilkę zaległa nieskazitelna cisza po czym Rennkar przemówił, cichym znudzonym i odległym głosem - Jakby myślami był gdzieś zupełnie indziej.

-Doprawdy... Że też, pomimo mych instrukcji dopuściliście do tego... A ja cały czas pozwalam wam To pamiętać...

Dwieście Sześćdziesiąt Sześć Lat Temu, Planeta Główna, Tereny Raju, Kopuła Alfa-Zero

Niegdyś niemal pusty obszar wytopionego metanowego lodu, obecnie pokrywała kopuła wykonana ze srebrzystego metalu. Wypełniała ona niemal całą dostępną przestrzeń w tej zielonej grocie - Oprócz malutkiego wykutego za prastarych czasów przejścia do innych sekcji Raju.

Tam też znajdowały się najprawdopodobniej jedyne wejście do wnętrza gigantycznego konstruktu.

Była to śluza, wykonana z brył przezroczystego tworzywa wypełnionego ołowianą siatką.

Pozostawmy jednak, jednak jej zewnętrzny opis i skupmy się na tym co się działo wewnątrz - Było to bowiem nieporównywanie ważniejsze.

W mrokach rozświetlanych jedynie sztucznym światłem panowała atmosfera napięcia i oczekiwania. Wszystkie nieludzko chude i wysokie sylwetki rzucały karykaturalne cienie na zamazane i jakby wyjątkowo odległe ściany.

Zaś wszystkie spojrzenia zwrucone były ku przezroczystej kuli ustawionej pośrodku okrągłego pomieszczenia.

Wewnątrz niej, na poziomie oczu widzów - w idealnym centrum sfery testowej lewitował błyszczący złocistym światłem owal, który wydawał się lekko falować.

Słychać było cichy pomruk instalacji nadprzewodniczej, oraz niedalekiego reaktora jądrowego pracującego na jałowym biegu.

-Oto wielki dzień! Dzisiaj... Ujarzmimy moce większe aniżeli nasza gwiazda! Oto dzień, gdzie nasz opiekun ześle nam dar panowania! Ten dzień, będzie naszym pierwszym krokiem ku gwiazdom!

Zawołał donośnym głosem, jedyny nie podłączony do sieci - Anamorian, Wysoki kapłan. Stojący plecami do owego cudu, dzierżący w uniesionych nad głowę dłoniach Kulę Błysku. Spoglądające w oczy swego ludu, przez dłonie czytając jego myśli i uczucia.
Miliardy istot zamarły w oczekiwaniu...

Ciąg Dalszy Nastąpi

[Edited by Anamorian on Apr 01, 2010 at 19:38]

Feb 22, 2010 at 20:06
Gadu-Gadu: 9654374
XFire rennkar
Print
Anamorian
Status: Veteran

Posts: 494
Registered: Dec 13, 2009
IP: Logged
2404.0 [post #5]

Budynkiem targnął kolejny wybuch, lecz kula nieporuszona stała na swoim miejscu. Setki pęknięć przecinały idealnie gładkie ściany komnaty najwyższego kapłana.

On sam zaś, stojąc u podnóża piedestału przyglądał się jedynemu statycznemu, złotemu punktowi unoszącemu się pomiędzy jego drżącymi dłońmi.


Widział... Jak cała sieć gwałtownie rozplata się i rozprzęga, wszystko kotłowało się w morzu czystego chaosu.

Nieliczne wysepki ładu rozpadały się w oczach, na okruchy. Coraz to miejsce... Aż znikały zupełnie.

-To nie... - Zaczął powoli Anamorian, lecz drżące wargi nie chciały być posłuszne jego woli. Słowa były zbyt ciche, na dodatek zagłuszył je kolejny dochodzący z zbyt bliska wybuch.

-Powinno się zdarzyć - Dokończył zza niego Rennkar, który właśnie pojawił się w sali. Stał do niego tyłem szybko zabezpieczając jedno z dwóch tajnych wyjść z sali. Już po chwili przejście odcinało się wśród ścian jedynie brakiem pęknięć na swojej powierzchni - Sieć ewoluuje... Oto koniec i początek...

Mówił dziwnie spokojnie, powoli podszedł do przerażonego wpatrzonego w otchłań Anamoriana i położył dłoń na jego ramieniu.
-Nadszedł czas...

I on również skierował swe spojrzenie ku głębią chaosu sieci.

Kula rozbłysła jaskrawym światłem, już nie złotym lecz czysto białym, zalewając powodzią fotonów wszystko w sali.

Gdy przygasła...

Nieregularna migocząca chmura setek barw i kolorów, stworzona jakby z nieeuklidesowych figur rozwiewała się właśnie.

Kula przygasała ciągle, aż wreszcie zmatowiała.

Zachybotała się.

Zaczęła upadać najpierw, niczym na zwolnionym po klatkowym filmie.

Nieubłagana grawitacja z maniackim uporem nadawała jej coraz większą prędkość...

Aż z ogłuszającym łoskotem uderzyła o ziemię, po czym cicho. Jakby zapomniana powoli zwalniając, potoczyła się w kierunku okna.

Pojedynczy refleks zachodzącego słońca zagrał jeszcze na niemal znieruchomiałej kuli, wzbudzając setki refleksów.

Po czym, nastała noc.

[Edited by Anamorian on Apr 01, 2010 at 19:55]

Apr 01, 2010 at 19:54
Gadu-Gadu: 9654374
XFire rennkar
Print
^ Początek strony ^



Username: Password: Lost your password?

tForum version b0.94.1.2 (© 2003 tForumDevTeam)

The comments published here represent only the personal opinions of the respective users. civ.org.pl and it's staff is not held responsible for the contents of the posts.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Portal civ.org.pl ani jego redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.


hosted by artserwis.pl - praca, konkursy, portfolia dla twórców.