civ.org.pl forums > Space 4X - Space Empires V - Multiplayer > PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa]
Zmień język na polski. Switch to English.

Print This Topic        Mark Topic as Unread 

civ.org.pl forums > Strategie Kosmiczne 4X > Space Empires V - Multiplayer
Poster
Message    
Merthen
Status: Moderator

Posts: 5146
Registered: Aug 25, 2008
IP: Logged
PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #1]

Przywódca: Generalissimus Maks Sokołow
Państwo: Odrodzony Związek Republik Rad
Typ rządów: Monarchy (Unowocześniona odmiana rosyjska)
Typ społeczeństwa: Mechanics

Planeta Macierzysta: Nowy Petersburg
Planeta: Rock
Atmosfera: Oxygen

Narodowość: Rosjanie



Flaga:


Shipset:



Wstępne uzasadnienie traintów (za sumę 3000 pkt):

Projektancki miast bazując na fakcie ze większość Rosjan przejawia tendencje do życia w jak największym skupisku ludzkim zaplanowali w Petersburgu (miasto-stolica planety Nowy Petersburg ) ogromną ilość kilometrowych "drapaczy chmur". Ponieważ pozostałe miasta planety budowane były na podobieństwo stolicy, zaowocowała to niezwykłą ilość mieszkańców przypadających na jednym kilometr kwadratowy (Advanced Storage Techniques)

Petersburg może się m.in. poszczycić Uniwersytetem Technologicznym imienia Iwana Fiedorowa, w którym kształci się wysokiej klasy inżynierów w specjalności konstruowania pojazdów kosmicznych. To właśnie dzięki nim rosyjskie stocznie są niezwykle wydajne (Advanced Storage Techniques). Niestety siła w jednej dziedzinę nieraz skutkuję słabością w innej. Z nieokreślonego powodu Rosjanie nie przepadają za pracą w kopalniach (Mining Ineptness) i rafineriach (Refining Ineptness) co przekłada się na gorsze wyniki gospodarki OZRR w tych dziedzinach.

Warto wspomnieć o rozległych podziemnych farmach pod kontynentem Kaukaz. Dzięki sprawnej organizacji wielkich kołchozów w jaskiniach Kaukazu do których licznie napłynęła ta cześć Rosjan co nie przepadała za tłokiem miast, wydajności rolnictwa OZRR jest ponadprzeciętna ( Farming Aptitude).

Rosjanie to szczęśliwi ludzie dla których najważniejsza jest "Nowa Mateczka Rosja" w czym utrwalani są przez rozbudowaną propagandę państwową (Naturally Happy). Uważają Nowy Petersburg za raj i chętnie zakładają wielodzietne rodziny, traktując to jako wyznacznik pozycji społecznej (High Reproduction)


Dokładniejsze uzasadnienie znajdzie się w historii OZRR


Narodowościowe komponenty

Sudoverf' - Moskva -Space Yard: jeden bonus +15%
+15% Szybkości konstruowania statków w minerałach




Datchika - Glaz - Tachyon Sensors: jeden bonus +15%
+15% Sight Level




Lazernaya Pushka - Tigr - Laser Battery: dwa bonusy +10%
-10% tonaż
+10% uszkodzenia



[Edited by Merthen on Sept 20, 2010 at 21:03]

Aug 27, 2010 at 20:44

Print
Ceasar Of Rome
Status: Moderator

Posts: 3040
Registered: Aug 09, 2008
IP: Logged
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania] [post #2]

Przywódca: Imperator Massimilliano Biaggi
Państwo: Saints Interstellar Roman Empire

Planeta Macierzysta: Roma Uno
Planeta: Rock
Atmosfera: Oxygen

Narodowość: Rzymianie

typ rządów: demokracja ( ateńska)
typ społeczeństwa: naukowcy
Przedstawiciel administracji w rytualnym stroju rzymskim:



Flaga Imperium:



Okręt rzymski:



Rzymski archeolog, Francisco Battani ze swoją grupą badawczą został wysłany w głąb planety, do największego krateru wulkanu na Roma Uno. Jest to nie czynny wulkan z sprzed ponad 2 000 lat. Nasi ojcowie nazwali go Wezuwiusz, na cześć wulkanu w Starej Italii. Dziś jego dno porasta go gęsta dżungla, która chroni cały ekosystem przed światem zewnętrznym. To właśnie tu została znaleziona przed latami tajemnicza skrzynia pochodzenia obcego.
W skrzyni owej jak wszyscy wiemy znajdowały sie artefakty. artefakty te pomogły naszym naukowcom wprowadzić liczne zmiany w naszej genetyce. zmiany te zmieniły Nasz wygląd zewnętrzny, nasza skóra stała się całkowicie wyblakła, za to zwiększyła się nasza rozrodczość. żyjemy też o wiele dłużej niż Nasi przodkowie na Ziemi. Studiujemy te technologie do dziś, nazwaliśmy ją Technologia organiczna, Gdyż wpływa na Nas samych, organicznych. Wpływa na Nas także sama planeta, ma na Nas jakiś wpływ, Nasze organizmy bombardowane są od przylotu tutaj jakimiś tajemniczymi fotonami. Nie są widziane dla ludzkiego oka, dopiero tajne badania władzy ujawniły tą okoliczność. Odkryto je przypadkiem, przy skanach planety z satelitów umieszczonych na wysokiej orbicie Roma Uno. Szukano wtedy innych niż ludzie humanoidalnych form życia. Niestety mi Francisco nic nie powiedziano o tym. Dlatego ciągle szukam na własną rękę narażając siebie, swą grupę i nasz Institutto Di Fotonica. Gdyby Imperator sie o tym dowiedział byłby to Nasz koniec.

A wlasnie Nasz Imperator, Massimiliano Biaggi, potomek Marcusa Porciusa Biaggi, legendarnego przywódce Starej Italii po wojnie z Konfederacją Północnoafrykańską, będąca po prostu niczym więcej jak arabską zgraja terrorystów, przestępców i innych przedstawicieli tej Konfederacji. Z tej przegranej dla Nas wojny wyszliśmy silniejsi.
Obecny imperator choć wyglądem przypomina 30-40 latka, liczy juz sobie jednak lat 80. Najważniejsi przedstawiciele rzymskiego społeczeństwa są szczepieni pochodną substancji znalezionej skrzyni, Substancja ta wydłużyła znacznie nasz żywot, nasi naukowcy nie są wstanie przewidzieć o ile wydłuża to nasze życie.

Zaawansowana technologia terraformowania pozwoliła Nam zwiększyć powierzchnię użytkową planety o kilknaście procent (Adwanted Storage Technique). Niestety nadal nie potrafimy wydobywać z ziemi jej zasobów ( Mineral Decrased) z takim potencjałem jakbyśmy chcieli. Nasze rolnictwo (Organic Decrased)i przemysł (Radiaction Decrased )nie są wstanie wypełnić zobowiązań wobec rzymskiego społeczeństwa. Pomimo tego mamy wyśmienitych konstruktorów i wizjonerów niczym sam Leonardo, dzieki Naszej włoskiej fantazji i pomysłowosci jesteśmy wstanie budować szybciej w naszych stoczniach ( Hardy Industrials)

Społeczeństwo rzymskie jest głęboko wierzące i przywiązane do wartości wywodzących się z Starej Italii (Deeply Religion).
Imperatorzy Rzymu mają obowiązek pilnować tych wartości w całym wszechświecie, stać na straży przestrzegania prawa rzymskiego.
Strażnikiem tych zobowiązań został Trybun Ludu, Luccio Cecchinello.

Mimo tego Rzymianie nie patrzą z nadzieją w jutro, co potęguje jeszcze nasze narodowe marudzenie (Naturally Depresed), choć jesteśmy zdolni przerzymać w niekorzystnych warunkach więcej niż inne narody (Enviroval Resistance - odporność na śrdowisko).

[Edited by Ceasar Of Rome on Oct 06, 2010 at 21:05]

_________________________________
Ceasar Trade List

Sept 05, 2010 at 17:22
Gadu-Gadu: 8840735
XFire Ceasar4Rome
Print
Anamorian
Status: Veteran

Posts: 494
Registered: Dec 13, 2009
IP: Logged
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #3]

Przywódca: Koordynator David Goldshire
Państwo: Konfederacja Lightańska

Planeta Macierzysta: Light
Typ Planety: Skalna
Atmosfera: Tlenowo-Azotowa

Typ Rządów: Kooperacyjny
Typ Społeczności: Naukowcy

Narodowość: Członkowie grup narodowościowych wysp Brytyjskich, oraz członkowie organizacji "Nowy Orion". Czyli praktycznie każda.

Quote:
Informator

Nowy Orion
Byt-organizacja wylansowana przez wpływowych i bogatych myślicieli, wspierająca na ziemi w dobie kryzysu i katastrof naturalnych oraz syntetycznych myśl ludzką. Zajmowała się szkoleniem, edukowaniem młodych pokoleń oraz szerzeniem antyrządowej propagandy w krajach uznanych przez nią za nie działające w interesie ludzkości. Walczyła słowem. "Pióro potężniejsze od miecza", cytat ten o dziwo sprawdzał się w zanarchizowanych świecie kierowanych przez massmedia, ogłupionych propagandą pozbawionych swego potencjału narodów w stopniu znacznie większych niż mogli się obawiać ci trzymający więzidła.
Kierowana u schyłku przez Brytyjczyka z krwi, Słowianina z urodzenia i wychowania Davida Goldshire rozwinęła swoją siatkę poza Terrę finansując budowę stacji kosmicznej "Thunder" będącej w późniejszym czasie pierwszym przystankiem na drodze do Warpa.
Źródła funduszy, zasobów zarówno ludzkich jak i technicznych oraz pozwoleń stojących u podstawy jej konstrukcji są nie do końca jasne. Nie jest pewne czy nawet rada koordynacyjna Nowego Orionu do końca wiedziała kto im pomaga.
Niedługo po wybudowaniu tej struktury z ziemi wystartowały pierwsze ukończone statki kolonizacyjne.
A do pogrążonych narodów, przez wtyczki Nowego Orionu popłynęło wezwanie.
"Przybywajcie"
Nowe światy czekały.


Flaga:


Shipset:


Quote:
Dziennik Kolonialny

Nagranie Pierwsze*
Na gigantycznych ściennych ekranach centrum zarządzania Churchilla widać powoli zbliżającą się do nas symulacje warpa. Fiolet wiązań węzłów grawitacyjnych oraz rozmyty błękit wektorów sprzęgu podprzestrzennego pięknie harmonizują się ze sobą. Współgrają, pulsując i wirując w odwiecznym i wciąż tajemniczym dla nas tańcu.

Do tej pory zdołaliśmy wydrzeć ledwie strzępki wiedzy, z tej potężnej fluktuacji.

Wiemy tak mało. Jesteśmy tak krusi, obijając się na oślep od ścianki intergalaktycznej lampy czekając na spalenie w ogniu kuszącego nas światła.

Czy jest to najzwyczajniejsze w wszechświecie zjawisko? A może ewenement? Twór sztuczny, czy też naturalny? Od jak dawna istnieje? Czy da się go ujarzmić? Czy wszystkie ewentualne inne Warpy również są niestabilne w takim samym stopniu jak ten? Te i setki podobnych, lub jedynie abstrakcyjnie powiązanych pytań nasuwają się same na myśl. Jednak na razie nikt kto zna odpowiedzi, nie chce się nimi podzielić.

Jedna z małych prywatnych holoprojekcji zabłysła błękitem, zielenią oraz innymi swojskimi barwami. Ktoś znów oglądał ziemię. Malutka, niepozorna ale idealnie szczegółowa kulka unosiła się półtora metra nad ziemią. Tuż obok niej stał mój zastępca Waldemar "Demostenes" Wolnogórski, niepoprawny sentymentalista... Spojrzenia niemal wszystkich zgromadzonych niby przypadkiem zachaczały o migoczącą powoli obracającą się kulkę.

Pozostało nam już tylko to, nasza matka jest już stracona, nie jesteśmy w stanie się uratować.
Jak szczury z tonącego okrętu... Uciekamy, byle dalej. Byle przeżyć. Ludzkość musi przetrwać!

Robiłem co było w mojej mocy. Przegrałem, choć próbowałem temu zapobiec.
To początek nowej ery.

Jestem David Goldshire, obywatel zarówno Rzeczypospolitej Polskiej jak i Wielkiej Brytanii. Lider organizacji "Nowy Orion". Człowiek, który położył kamień węgielny pod samowystarczalną stację orbitalną "Thunder". Darczyńca ludzkości, światło nowego oświecenia. Triumfator uciekający w gorzkich oparach absolutnej przegranej.
Stoję na mostku HMSS Churchill, dookoła mnie wrze pełna skupienia praca. Demostenes dawno już zakończył projekcję, zmuszony zająć się kolejnym tarciem wśród kolonistów.

Obecnie wzajemnym wysiłkiem komputery i ludzkie umysłu dokonują ostatnich korekt.

Za chwilę wkroczymy w osobliwość, ta przerzuci nas 39.690 lat świetlnych do odległej gwiazdy, która do czasu odkrycia Warpa oznaczona była jedynie numerkiem. Teraz zaś nosiła dumne miano Nowego Sol.

Ta dziwna ludzka natura, podszeptująca aby nowe czynić starym. Powtarzać stare błędy w nowej otoczce raz za razem, do całkowitego unicestwienia...

Tego musimy uniknąć, po to "Nowy Orion" pokojowo opanował Churchill'a. To my na obraz i podobieństwo wizji utkanej w naszych umysłach stworzymy potęgę - Która ukształtuje losy galaktyki. A przynajmniej naszego gatunku.
Inaczej czeka go zagłada.

A oni patrzą.

Ktoś mi przerywa, muszę się zabezpieczyć. Skok już za chwilę. A o czym boleśnie doświadczyły się wysłane w tą anomalie sondy, jedyne czego możemy być pewni odnośnie tranzytu przez warp. To wyjątkowego zagrożenia z tym związanego.

Ale przejdziemy. Musimy.
Inaczej czeka nas pewna zagłada.

Koniec zapisu Pierwszego
Koniec Zapisu


*Uzupełnione o odnalezione notatki oraz pamiętniki Davida Goldshire'a

Specyfikacja Konfederacji Lightańskiej:

Społeczność złożona z wielonarodowej zbieraniny indywidualnych naukowców, myślicieli i inteligencji ogólnie oraz zwykłej ludności Brytyjskiej wydaje się mieszaniną o dość specyficznych właściwościach.
Przede wszystkich, brakuje chętnych do pracy nad wydobyciem surowców - Farming & Refining Ineptness

Jednak wysoki poziom Kulturowy, Techniczny jak i nowe metody edukacji opracowane jeszcze na Ziemi pozwalają utrzymać bardzo wysoki poziom kreatywności (Smart).

Bardzo wysoki poziom życia, wysoki poziom cywilizacyjny i kilka innych czynników sprawiają iż przeciętnych kolonista lub też potomek kolonisty z Churchilla jest mniej odporny na stres i gorzej reaguje na sytuacje trudne. Co ogranicza jego skuteczność wywiadowczą (Foolish).

Poziom automatyzacji, dogłębne wykształcenie oraz wysokie morale osiągnięte metodą samospełnienia się wszystkich obywateli na odpowiednich im stanowiskach zapewnia większą wydajność produkcyjną w bardzo poszerzonym zakresie. Tej tendencji sprzyja również bardzo intensywnie rozbudowywana, bazowo i tak bardzo już niezwykle wydajna infrastruktura przemysłowa oraz specjalistyczne technologie z tego zakresu. (Builders & Hard Industrialist)

Technologie zewnętrznego poczęcia i rozwoju płodu, jak i doskonale zorganizowana edukacja oraz odpowiednia opieka nad dziećmi pozwala matką pracującym powiększać swoją rodzinę bez obawy o zmniejszenie swojej użyteczności. (Hight Reproduction)

Wieloletnie badania, miliony inwestowane na ziemi jak i wiele badań przejętej na powierzchni technologii pozwoliły na stworzenie systemów napędowych o znacznie większej niż klasyczne wydajności. Dalsze badania mogą zaś przynieść jeszcze ciekawsze odkrycia... (Propulsion Experts)

Nowo odkryty pierwiastek, którego struktura subatomowa jest kwantowo niestabilna przez co jego jądro nie może zostać poddane obserwacje okazał się nadprzewodnikiem w każdych możliwych warunkach oprócz temperatury jądra gwiazdy. Umożliwiło to wykreowanie nowej generacji wyrzutni elektromagnetycznych które o dziwo okazały się (pomimo trudności w syntezie materiału) opłacalne w masowej produkcji i użyciu w teoretycznych starciach kosmicznych przeciwko oponentom o podobnym stopniu zaawansowania technologicznego (Masters of Electromagnetism)


///
/// Na razie tyle naskrobałem, reszta pojawi się w swoim czasie///
///

[Edited by Anamorian on Sept 26, 2010 at 20:41]
Sept 06, 2010 at 20:15
Gadu-Gadu: 9654374
XFire rennkar
Print
Tyrell
Status: Regular

Posts: 152
Registered: Feb 16, 2010
IP: Logged

Attached:
Flagi_v1.zip
17 KB [downloads: 103]
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #4]

Państwo: Republique Francaise
Przywódca: President Francois de Gaulle

Planeta Macierzysta: La Nouvelle-Paris
Narodowość: Francais

Typ rządów: Republic
Typ społeczeństwa: Engineers

Flaga:


Shipset:


Trainty:

Architekci projektujący zabudowę La Nouvelle-Paris postawili na sieć aglomeracji skupiających jak największa ilość populacji na jak najmniejszej powierzchni by ograniczyć ingerencje w ekosystem planety a także na umieszczenie 80% przemysłu w podziemnych kompleksach (Advanced Storage Techniques). Postanowiono również całą gospodarkę rolną przenieść do podziemnych hal w których można dowolnie manipulować klimatem odpowiednim dla danej uprawy bądź hodowli, takie rozwiązanie przyniosło kilkuprocentowy spadek produkcji rolnej w porównaniu do tradycyjnych metod (Farming Ineptness). Nowoczesny dwukierunkowy system nauczania, kilkanaście uniwersytetów i akademii na całej planecie oraz silne poczucie własnego wkładu w rozwój kraju stworzyły niezwykle kreatywne i wyspecjalizowane społeczeństwo (Smart). Wysokie standardy życia, szybki rozwój nowoczesnej medycyny jak i projekt "finansowej opieki państwa nad dziećmi do 5 roku życia" skłania do powiększania rodziny (High Reproduction). Wyspecjalizowane kadry oraz nowoczesne materiały i metody produkcji przyczyniły się do znacznego wzrostu potencjału przemysłowego (Hardy Industrialists). Tym samym brakuje chętnych do pracy w gorzej płatnym sektorze gospodarki jakim jest górnictwo (Mining Ineptness).

Quote:
Fragment artykułu z czasopisma "Techniques & Culture"
Direction des Constructions Navales (DCN) wykonało pierwsze próbne odpalenia rakiet z nowym systemem naprowadzania aktywnego...
(...)nowy system zapewnił 5% przyrost celności rakiety typu Mistral III... (Brave).


Narodowe komponenty:
DCN Brest-Space Yard: jeden bonus +15%
+15% szybkości konstruowania statków w minerałach

Ouragan-Autocannon: dwa bonusy +10%
+10% uszkodzenia
+10% zasięg

Areva-Quantum Reactor: dwa bonusy +10%
+10% generowane zaopatrzenie
-10% tonaż

[Edited by Tyrell on Oct 15, 2010 at 06:34]
Sept 06, 2010 at 22:11

Print
Vortavor
Status: Administrator

Posts: 2165
Registered: Jan 11, 2008
IP: Logged
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #5]

Przywódca: Presidento Zuda
Państwo: Zjednoczona Unia Dwóch Ameryk ( ZUDA )
Planeta Macierzysta: Liberty
Planeta: Rock
Atmosfera: Oxygen

Flaga:




Shipset:




Historia i opis w trakcie tworzenia...

_________________________________
For as long as single one of us
stands,
We are legion!!!

Sept 09, 2010 at 00:41
Gadu-Gadu: 3343262
XFire synek24
Print
Akandre
Status: Regular

Posts: 82
Registered: Aug 15, 2010
IP: Logged
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #6]

Naród Zniszczony

----------------------------------------------------------------------------------
Edit by Merthen


Nazwa imperium: Odrodzona Macedonia
Przywódca: Akandre Macedończyk
Tereny macierzyste: Bałkany
Nazwa planety macierzystej: Nowe Skopje
Typ planety macierzystej: skalna
Atmosfera planety macierzystej: tlenowa
Typ rządu: corporate
Typ społeczności: scientists
Flaga:


Ship set:


Racial traits:
Crystallurgy (1500)
Hardy industrialists (1000)
Propulsion experts (1500)
Smart (500)

Environmental weakness (-500)
Farming ineptness (-500)
Refining ineptness (-500)

Quote:
Po wielu stuleciach, przez które bezlitosny los bez cienia skrupułów obrócił w pył dokonania świetnego przywódcy, Aleksandra Wielkiego, po upadku imperium, po utracie bogactw, znaczenia i terenów na Ziemi, nadszedł czas na przebudzenie dzięki Drugiej Ziemi, nazwanej Nowe Skopje. Nadszedł czas, by na nowo wznieść imperium. Imperium, które raz jeszcze zatrzęsie w posadach całym znanym światem i zjednoczy go pod swoim sztandarem.
Nadszedł czas wielkich zmian i wielkich czynów, które raz jeszcze odmienią dzieje ludzkości.
Nadszedł czas Nowej Macedonii.








[reszta później]

[Edited by Merthen on Oct 14, 2010 at 09:03]
Sept 09, 2010 at 22:20

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2302
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged

Attached:
prometheanflag
sandpics.zip

95 KB [downloads: 120]
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #7]



Może odbiegnę nieco od schematu, ale dopiero wczuwam się w rolę i jest to jedyny sposób w jaki mogę coś powiedzieć o moim przyszłym imperium:


Zmiana... A wydawało się, że do zmian można się przyzwyczaić, przestać widzieć w nich coś niezwykłego. W powietrzu wyraźnie jednak czuć zmianę i nasza wiedza o rzeczywistości staje się jeszcze mniej pewna niż była do niedawna. Czy i to przetrwamy sprostając następnemu wyzwaniu? Czy innym ziemskim wysłannikom udała się sztuka budowy kolonii? Czy też być może ludzkość zaginie wraz ze śmiercią ostatniego z nas?

Tak, umieramy - ten trend jest wyraźnie widoczny, choć wobec bezprecedensowego rozwoju naszej kolonii wielu wciąż się łudzi, że jest to tylko statystyczna fluktuacja. Niestety, ktoś taki jak ja, Bolko Morawian, zwany przez przyjaciół Sprawiedliwym, choć za plecami, jak słyszałem, po prostu Starym, a przez wrogów Nieustraszonym, albo nawet - jako zew awanturniczej przeszłości - Szalonym, przywódca społeczności na skalę planetarną, która po wielu perturbacjach została zjednoczona pod jednym berłem i przyjęła się zwać Konfederacją Prometejańską, tytułowany jako Guardian of Freedom, pan na Enklawach: Kompleksu, Królewskiej, Victorii, Prometeusza, Alezjańskiej, Helweckiej, Silezjańskiej, Madziarskiej, Kartezjańskiej, Platońskiej, Denubiańskiej, Hedon, New Order, Dominium Elgado, Nighthawk, Karpediemskiej, Esperanza, etc. etc., nie może sobie pozwolić na ten luksus, gdyż byłoby to zdradą jego powinności wobec jego ludzi.

Moi ludzie - tak, myślę tak o nich, niemal jak o własności, w końcu zostałem dożywotnio wybrany przez ich szlachetnych przedstawicieli, aby bronić ich wolności zapisanych w Konstytucji, zarówno przed zakusami innych jednostek jak i ogromnych organizacji w rodzaju adhokratycznych koalicji enklaw, jako ostatnia instancja, teoretycznie wyposażony w taki rozmiar władzy, że gdyby został użyty w innych celach to czyniłby z nich faktycznie moją własność - o ile oczywiście znalazłby się wtedy ktoś gotów służyć mi jako egzekutor tejże władzy. Myślę o nich niemal jako o mojej własności, ale jednocześnie staram się pamiętać, że każdy z moich poddanych to unikalny umysł, to istota obdarzona iskrą świadomości, której należy się wolność z samego faktu narodzin, tak długo jak nie gwałci wolności innych. Dlatego też gdy widzę jak rosnąca z miesiąca na miesiąc fala tajemniczych zgonów obejmuje tych ludzi, odbierając im możliwość korzystania z tej wolności, czuję, że przynajmniej częściowo już ich zawiodłem. A jednak śmiem patrzeć w przyszłość z optymizmem, powtarzając sobie za dawnym filozofem: "Wierzę, że ten bezwłosy embrion, z przypadkiem dającego się we znaki, nadmiarowo rozrośniętego mózgu i przeciwstawnego kciuka, to zwierzę ledwie powyżej małp, przetrwa - przetrwa dłużej niż jego planeta, rozprzestrzeni się na inne, do gwiazd, i poza nie, niosąc ze sobą uczciwość, nienasyconą ciekawość, nieograniczoną odwagę... i swoją, zasadniczo szlachetną, przyzwoitość. W to wierzę całym swoim sercem." I dlatego, zanim śmierć przyjdzie i po mnie, zamierzam, tak jak czyniłem to dotychczas, zrobić wszystko co w mojej mocy, aby temu zwierzęciu we mnie, i w nas wszystkich, pomóc.

Niech ten rodzaj pamiętnika będzie świadectwem moich wysiłków, a zarazem testamentem dla moich następców.

--------------------

Śmierć, odwieczny towarzysz ludzkości... Czy rzeczywiście musimy się jej lękać jako drogi prowadzącej ku nicości, jak chcą jedni, i odwlekać ze wszystkich sił nieuniknione? Czy wręcz przeciwnie, powinniśmy zaakceptować tę nicość, a nawet pokochać, jak chcą drudzy, i uczyniwszy ją naszym upragnionym celem, zatracić się w niej już za życia? Czy też jest ona darem, pozwalającym wyzwolić się z ludzkich ograniczeń, jak chcą inni, i ujrzeć wreszcie, dotychczas tylko przeczuwane, piękno w całym swym olśniewającym blasku? A może, owszem, jest ona darem, ale zaledwie pozwalającym, poprzez świadomość ograniczoności naszego życia, z tym większą intensywnością korzystać z tych niewielu dni, które zostały nam dane, jak chcą jeszcze inni, i czyniącym wątłą iskierkę naszego życia gorejącym płomieniem, rozświetlającym przygnębiającą pustkę Wszechświata?

A jednak śmierć nie jest naszym jedynym towarzyszem w tej pustce. Śmierć, właśnie teraz, dobitnie przypomina nam o tym z każdym niewyjaśnionym zgonem, układającym się we wzór niedwuznacznie wskazujący, że jedyną jego przyczyną może być nasz dobroczyńca, a może jednak przekleństwo - Kompleks. Co za ironicznie dwuznaczna nazwa przylgnęła do tego niewątpliwie sztucznego konstruktu, pierwszego dzieła obcej inteligencji na jakie natknął się człowiek, i to od razu na skalę małego miasta. Dzieła, które mimo swojej niezmiernie częstej letalności w kontakcie z pojedynczymi istotami ludzkimi, wydawało się przez stulecie wspaniałym darem dla naszej społeczności, bez którego nasza kolonia byłaby skazana na zagładę, które wręcz umożliwiło nam rozkwit, mimo niespodziewanej nieprzyjazności planety, mimo krwawych konfliktów między grupami osadników o kontrolę nad nim, mimo utraty ogromnej większości śmiałków eksplorujących jego niesamowite zabudowania, jakby żywcem wyjęte ze schizoidalnego koszmaru, wiecznie spowite w kłębiącej się, lepkiej mgle. Byłem tam...

Pewnie o tym wiecie, ale pozwólcie starcowi powspominać czasy awanturniczej młodości, zaraz po Lądowaniu, czasy zażartej walki o przetrwanie, czasy wprawiającej w uniesienie chwały po zaskakujących osiągnięciach i przejmującego żalu po najczęściej spodziewanych stratach, kiedy, jak nigdy dotąd i nigdy potem, liczył się każdy człowiek, każda umiejętność, kiedy wydawało się, że uratować nas może tylko cud, że wszystko co mamy to nadzieja, kiedy, na nasze szczęście, stał się cud...

Cud? - zapytacie - jaki cud? No tak, dla Was Kompleks to element krajobrazu, coś z sąsiedztwa - cóż może więc być w tym cudownego? Żebyście to zrozumieli muszę cofnąć się pamięcią jeszcze bardziej, aby odpowiednio naświetlić Wam to, o czym zapewne wiecie od dzieciństwa, co obrosło już tak dawno dziecięcymi kwalifikatorami swojskości, normalności, że spontaniczna refleksja, jak nad nieznanym, jest niemal niemożliwa.

Wyruszaliśmy z Ziemi, ginącej matki ludzkości, w jej ostatnich chwilach, niesieni przez kilkanaście najbardziej zaawansowanych wytworów, na jakie było stać naszą kilkutysiącletnią cywilizację techniczną, jako jedna z jej ostatnich szans na przedłużenie istnienia. Wyruszaliśmy z nadzieją w nieznane, wielu ściganych wyrzutami sumienia za bliskich pozostawionych bez pomocy, za sposób w jaki dostali się na pokład lub choćby za nadzieję przetrwania, podczas gdy miliardy wydawały się skazane na zagładę. A cała nasza nadzieja zawierała się w naszych potężnych arkach i w niekompletnych danych dostarczonych przez jedyną sondę, jakiej udało się powrócić z zaburzenia grawitacyjnego na obrzeżach Systemu Słonecznego, będącego, według danych z sondy, wrotami wiodącymi do planety będącej niemal bliźniakiem Ziemi - nadzieja tak przejmująca, że planeta będąca naszym celem została nazwana niezbyt oryginalnie Avalonem. Nasze arki, wynik wieloletniego wysiłku ogromnych społeczności, miały nas tam nie tylko bezpiecznie dostarczyć, nie tylko miały dać nam środki na zagospodarowanie, ale miały uratować z Ziemi tak dużo jak to tylko było możliwe. Z uwagi na to, że wrota ulegały destabilizacji na wiele lat już po przedostaniu się przez nie obiektów wielkości sondy, cała operacja była obarczona wysokim ryzykiem, gdyż nikt nie wiedział jak zachowają się podczas jednoczesnego przejścia kilkunastu olbrzymich okrętów - każda próba oznaczała duże prawdopodobieństwo niemożliwości skorzystania z nich przez długie lata. Nie było więc wielkim zaskoczeniem, kiedy podczas transferu implodowały, niszcząc kompletnie jedną z arek, a uszkadzając naszą, na szczęście, jak się nam zdawało, tylko powierzchownie. Do planety dotarliśmy już bez dalszych przeszkód, jeśli nie liczyć rosnących tarć pomiędzy załogami - znaleźli się tacy, którzy, mimo absurdalności zarzutów, znaleźli powody aby posądzać innych o sabotaż zniszczonego okrętu. Niesnaski tego typu urosły do znaczących rozmiarów między modułami naszej arki, z uwagi na nasze uszkodzenia - traf chciał, że niemal wszystkie dotyczyły naszego modułu. Miało się to wkrótce okazać brzemienne w skutkach.

Dodatkową nerwowość wprowadzał fakt, że nasze sondy wykryły dużą koncentrację metali ciężkich w powierzchniowych warstwach planety, czego nie ujawniły dane z pierwszego próbnika, a co stawiało pod znakiem zapytania sensowność masowej kolonizacji w krótkiej skali czasowej - osiedla musiałyby być budowane niemal tak jak na niegościnnych planetach, aby zabezpieczyć kolonistów przed długotrwałym wystawieniem na oddziaływanie zwiększonej koncentracji tych metali na ich organizmy, z następowym zatruciem nimi. Drugą anomalią była zagadkowa emisja energetyczna z miejsca, które wydawało się zawsze pokryte chmurami, a w którego okolicy każdy wysłany próbnik milkł przed przekazaniem czegokolwiek sensownego, poza zameldowaniem o dostaniu się w strefę gwałtownych zaburzeń atmosferycznych - skanowanie miejsca z orbity także nie przyniosło żadnej konkluzji. Co ciekawe, poza tym dwoma elementami, sama planeta jak i jej biosfera były tak podobne do Ziemi, że nawet podstawowe budulce życia były identyczne, a zdjęcia krajobrazów pokazywały scenerie promieniujące obcością w stopniu podobnym do każdego z miejsc na Ziemi, w których się jeszcze nie było.

Podczas gdy w napięciu oczekiwaliśmy na orbicie na dalsze dane z planety, ktoś wpadł na pomysł, aby przebadać system w poszukiwaniu zaburzeń grawitacyjnych podobnych do tego, którym się tu dostaliśmy. Ku naszej radości nie tylko takich zaburzeń było w tutaj wiele, ale były znacznie stabilniejsze - ulegały destabilizacji tylko na kilka tygodni po przejściu sondy i, mimo tego, sygnały z drugiej strony mogły być ciągle odbierane. Nasza radość była tym większa, że za wieloma z tych wrót zostały wykryte planety podobne do Ziemi.

Tym boleśniejsza była wiadomość, że po przestudiowaniu naszych uszkodzeń okazało się, iż moduł nasz, mimo że zachował zdolność samodzielnego lądowania, to jednak raczej nie ma szans na przetrwanie jeszcze jednej dawki turbulencji grawitacyjnych. Wobec panującej nieufności, żadna z arek nie chciała wziąć na pokład kolonistów z innej, a nawet negocjacje pomiędzy modułami naszej były trudne. W końcu zgodzono się, mimo dodatkowych emocji narodowościowych, że pozostałe moduły mogą awaryjnie pomieścić ludzi z naszego i ustalono szczegółowy plan przenosin - poczynając od tych bardziej krytycznych dla powodzenia misji, jak naukowcy, czy technicy rzadkich specjalności, a kończąc na tych mniej, jak handlowcy, robotnicy mniej wykwalifikowani, czy po prostu tacy awanturnicy jak ja, którzy dostali się na pokład mniej lub bardziej legalnie.

Podczas gdy my negocjowaliśmy, pozostałe arki skierowały się do wrót, każda do innych, w nadziei że przejście tylko jednej arki nie doprowadzi do implozji w trakcie pokonywania ich, więc nie będzie groźby zniszczenia statku. Pierwsza próba zakończyła się częściowym sukcesem - otrzymaliśmy komunikat z drugiej strony o pomyślnym zakończeniu transferu, ale zaburzenie grawitacyjne po prostu znikło po kilku godzinach niestabilności, odcinając nas prawdopodobnie na zawsze. W przypadku pozostałych arek było podobnie - zostaliśmy sami z naszym problemem w trakcie przetransportowywania ludzi do pozostałych modułów.

Niestety, podczas transferowania ludzi, gruchnęła wieść, że wszyscy się jednak nie zmieszczą, a cały plan jest tylko przykrywką dla pozostawienia tych ocenionych jako najmniej wartościowi. Doszło do zamieszek, a następnie, gdy ktoś dostał się do magazynów broni, do regularnych walk, w trakcie których pozostałe moduły awaryjnie oddzieliły się od naszego. Musicie wiedzieć, że arki składały się z samodzielnych modułów, które były pod każdym względem osobnymi pojazdami kosmicznymi, połączonymi razem, prócz względów politycznych, zasadniczo tylko dlatego, że symulacje dowodziły, iż taka konfiguracja miała większe szanse na przetrwanie podczas pokonywania wrót w Systemie Słonecznym, a które miały i tak rozdzielić się przed lądowaniem na planecie. Teraz, gdy połączenia zostały zerwane nie tylko fizycznie, ale, na skutek walk, także mentalnie, zostaliśmy rzeczywiście sami. Jedyne na co było stać odlatujących to życzenia powodzenia i obietnice przysłania pomocy, o ile wrota nie będą się zapadały po przejściu tylko jednego modułu. Jak się jednak okazało, mimo iż wybrali osobne wrota, po kilku dniach niestabilności każde z nich uległo zamknięciu, a nam pozostała tylko jedna opcja: Lądowanie.

Otrzymując ostatnie sygnały od naszych do niedawna współpodróżnych, obserwując nieodwołalnie zapadające się zaburzenia grawitacyjne, które mogłyby nas z nimi połączyć, dzięki którym moglibyśmy otrzymać pomoc, wielu ze łzami w oczach, czy to żalu, czy wściekłości, nawet nie przeczuwaliśmy, że skala naszych problemów zostanie wkrótce znacznie zwielokrotniona.

Właśnie na ten moment chciałbym zwrócić Waszą uwagę w kontekście tego co określiłem jako cud. Ten moment dobrze obrazuje jak bardzo pogląd, że, jako istoty inteligentne, jesteśmy sami w bezpośrednio poznawalnym dla nas fragmencie Wszechświata, wrył się w kolektywną świadomość ludzkości. Pomyślcie tylko, czy w sytuacji gdy odkrylibyście zagadkową emisję energetyczną, nie poddającą się dotychczasowym próbom zbadania, gdy znaleźliście wiele anomalii podobnych jak ta w Systemie Słonecznym i niemal każda z nich prowadziła do systemu z ziemio-podobną planetą, czy w takiej sytuacji nie wzięlibyście poważnie pod uwagę możliwości, że są to przejawy działania obcej inteligencji? A jednak taką możliwość wyartykułowały tylko pojedyncze jednostki i nawet dla nich była ona na tyle nieprawdopodobną, że nieznane są mi przypadki, aby wpłynęło to na ich pozawerbalne procesy decyzyjne. W powszechnym odczuciu wszystko to musiało być pochodzenia naturalnego i było traktowane jako jeszcze jeden objaw działania jakichś, chwilowo niepoznanych, ślepych sił przyrody. Taka postawa niemal doprowadziła nas do zguby... Ale może po kolei...

Gdy z rezygnacją zaczęliśmy gremialnie rozważać, co też powinniśmy wybrać na podstawie znanych faktów na miejsce lądowania, a była to w założeniach misji jedyna decyzja kolektywna jaką mieliśmy podjąć podczas podróży, gdy ponownie rozgorzały emocje, z mostka dotarło do nas obwieszczenie Kapitana, zawiadamiające, że musimy wziąć pod uwagę nieznany dotychczas powszechnie fakt o doniosłym znaczeniu. Przypomnę może sytuację: Avalon okazuje się niegościnny z powodu zbyt wysokiej koncentracji metali ciężkich i wobec konieczności lądowania musimy użyć zaawansowanych technologii aby mieć szanse na przeżycie w dłuższej skali czasowej. W tej sytuacji informacja, że na skutek walk straciliśmy, prawdopodobnie bezpowrotnie, ogromną większość centralnej bazy danych, mieszczącej pakiety informacyjne będące jądrem wiedzy naszej cywilizacji, zmroziła serca i umysły. Kapitan wyjaśniał, iż obecne odcięcie społeczności od bazy nie tyle było spowodowane względami bezpieczeństwa bazy, jak było dotychczas podawane, ale bezpieczeństwa społeczności i miało na celu zapobieżenie prawdopodobnemu wybuchowi paniki, gdy ciągle było możliwe, że dostaniemy pomoc z zewnątrz. Do dziś nie wiadomo czy było tak jak mówił Kapitan i podczas walk zadziałały automatyczne procedury przygotowane na wypadek zagrożenia przejęcia okrętu, a mające na celu niedopuszczenie do przedostania się tajnych danych w niepowołane ręce, czy też ktoś na mostku spanikował i je aktywował, choć pewne jest że zrobiono dużo aby zatrzymać wyczyszczenie bazy do zera - dziwne jest tylko że same procedury zniknęły przed usunięciem całej bazy, ale to może być skutek gorączkowych prób ich zatrzymania. Od ludzi niestety wiele się nie dowiedziano - na załodze mostka dokonano po wylądowaniu równie zagadkowego błyskawicznego samosądu. Z pewnością miała na to wpływ decyzja Kapitana o wdrożeniu procedury awaryjnego lądowania, włącznie z wyborem miejsca lądowania, której, wobec sporów co do niego na granicy ponownego wybuchu walk, awaryjnie dokonał za nas w miejscu ubogim w surowce, ale za to także o jak najmniejszej koncentracji metali ciężkich, miejscu, które wydawało mu się dla nas najbezpieczniejsze. Miejsce Lądowania, około 500 kilometrów od centrum anomalii energetycznej, która jest jednocześnie centrum obszaru z mniejszą zawartością metali ciężkich w glebie - nie odważył się lądować bliżej z uwagi na zagadkowy efekt niszczenia ziemskich urządzeń technicznych, a i tak coś poszło nie tak i nasze zetknięcie z gruntem było dość twarde. Dopiero po całej wieczności, z punktu widzenia kolonistów walczących o przetrwanie, okazało się jak bardzo decyzja Kapitana była trafna. Trochę bliżej do centrum i pewnie lądowania nikt by nie przeżył, trochę dalej, i być może nikt nie odkryłby Kompleksu zanim Avalon stopniowo zabiłby nas wszystkich.

Okolice Landing, nawet teraz, wydają się na pierwszy rzut oka rajem - bogata roślinność, obfitość zwierzyny, umiarkowany klimat, no i było akurat piękne lato. Nic dziwnego, że część ludzi dała się zwieść pozorom i mimo nawoływań o opamiętanie zdecydowali się żyć tak, jak żyliby na dziewiczej Ziemi. Ci poumierali pierwsi - już po kilku miesiącach zatrucie metalami ciężkimi zaczęło u nich osiągać poziom śmiertelny, choć chorowali już wcześniej. Na szczęście była to stosunkowo nieliczna grupa. Większość jednak rozumiała zagrożenie i rozproszyła się w skupiskach mozolnie budujących niezbędną infrastrukturę techniczną, do której przy naszej bardzo ograniczonej wiedzy i zasobach materialnych statku kolonizacyjnego byliśmy zdolni. Te zasoby były ogromne, a jednak mieć je i umieć je wykorzystać to dwie różne rzeczy. Specjalizowane automaty, takie jak na przykład te, które miały nam pomóc przy ewentualnym odtwarzaniu ziemskich gatunków oczywiście działały, jednak brak nam było specjalistów mających kierować całym procesem, decydować co, kiedy i w jakiej ilości, aby jak najmniej szkodzić miejscowym ekosystemom, no i akurat w tym przypadku sens takiej działalności byłby niewielki - ziemskie gatunki miały zwykle ten sam problem co my. Ale tak było ze wszystkim - tacy specjaliści zdążyli być przetransferowani do innych modułów. W dodatku ogromna większość naszych maszyn to były, dla oszczędności miejsca, dość uniwersalne urządzenia do wytwarzania innych maszyn już po wylądowaniu, ale nie mogły działać poprawnie bez zasobów bazy danych. Robiliśmy co mogliśmy, mieliśmy bardzo zdolnych rzemieślników, żywność uzyskiwaliśmy głównie dzięki hydroponice, ale walkę z Avalonem ciągle przegrywaliśmy, mimo zbudowania kopuł, mimo prób dekontaminacji gleby pod nimi, mimo odtworzenia zwierząt domowych w bardzo ograniczonej skali ilościowej, mimo wielu innych środków, półśrodków i ćwierćśrodków, które zaowocowały imponującymi osiągnięciami w postaci uformowania enklaw, współczynnik zgonów był ciągle wyższy niż urodzeń - skutek stałej kumulacji metali ciężkich w naszych organizmach ze wszystkimi tego konsekwencjami: zbyt dużo wypadków, poronień, martwych urodzeń, zbyt duża śmiertelność dzieci. Sprawę oczywiście pogarszały też sporadyczne krwawe walki pomiędzy enklawami - broń z Ziemi wkrótce stała się bezużyteczna na skutek braku amunicji, której nie potrafiliśmy wytworzyć zupełnie lub w wystarczających ilościach, ale to nie stanowiło przeszkody: muszkiet czy broń biała też może być całkiem wydajnym środkiem zagłady. Duża ilość awanturników pośród nas zdecydowanie sprzyjała gwałtownym rozwiązaniom. Coraz wyraźniej było jednak widać że, o ile z bliźnimi możemy sobie poradzić, to nie mamy jednak szans w starciu z Avalonem - mamy zbyt mało czasu na wytworzenie wystarczającej infrastruktury aby powstrzymać w nas kumulację metali ciężkich.

Mniej obeznani z Was mogą zapytać: A co piszący te słowa robił w tych ciekawych czasach? Odpowiedź może być szokująca: był najszczęśliwszym z ludzi, a przynajmniej uważał się za takiego. Jest to niezbyt znany fakt z mojej biografii, gdyż mimo, a może właśnie dlatego, że był on najszczęśliwszym okresem mego życia, powracam do niego niechętnie, z ogromnym bólem zrodzonym przez żal i tęsknotę, pojawiające się zawsze gdy go wspominam. A jednak, mimo upływu dziesiątków lat, wyraźnie widzę jej bladą, uśmiechniętą twarz, choć ściskanie w gardle jest nieznośne, taką jaką ją zapamiętałem podczas ostatniego pożegnania i jej wydatnie kuszące, wtedy spierzchnięte, wargi układające się w ostatnie słowa: Pamiętaj, ja nie jestem celem twego życia... więc żyj i pozwól żyć innym.

Wybaczcie starcowi, że opowie ten element historii poraz pierwszy, i ostatni.

Poznałem May jeszcze na statku i to w początkowym okresie podróży. Spotkaliśmy się na jednym z treningów Muay Jiu-Jitsu, gdzie wzbudziła moje zainteresowanie doświadczonego zawodnika obecność kobiety - rzadka sprawa w tym dość brutalnym stylu. W dodatku, gdy podszedłem by ją poinformować, że zbytnie koncentrowanie się na technikach defensywnych, szczególnie pod postacią chwytów, jest błędem, okazało się, że jest obdarzona olśniewającym uśmiechem. Próba wykazania jej błędów w praktyce omal nie skończyła się dla mnie kompletnym blamażem - byłem uważany za zawodnika, którego atutem jest szybkość, ale ona była po prostu wcieleniem błyskawicy. Sprawę pogarszało moje totalne zaskoczenie, kiedy efektywność jej technik unaoczniła mi, że nie jest wcale tak początkującą jak mi się wydawało - gdyby nie moje doświadczenie i przewaga siły, co było decydujące dla przełamania jej chwytów gdy narzuciła mi walkę w parterze, byłbym pewnie źródłem porozumiewawczych uśmieszków wśród znajomych co najmniej przez kilka dni. Co za niesamowity talent! Gdy umówiłem się z nią po treningu, aby omówić dokładniej dlaczego uważam, że jej przegrana wynikła tylko i wyłącznie z nieodpowiedniego rozłożenia akcentów pośród zastosowanymi technikami, poinformowała mnie z tym swoim obezwładniającym uśmiechem, że dla niej efektywność nigdy nie będzie pierwszoplanowa, gdyż znacznie ważniejsze są dla niej ograniczenia filozoficzne. Wtedy wiele z niej nie wyciągnąłem, ale z czasem, gdy nasza znajomość przerodziła się w znacznie bardziej gorące uczucie, dowiedziałem się, że jest Prometejanką. Początkowo nic mi to nie mówiło - nigdy nie słyszałem o takim prądzie filozoficznym, a jak dla niej także religijnym. Co więcej, z czasem przyznała się także, że wśród Prometejan istnieje głęboko zakonspirowana struktura, której była częścią, aż do chwili kompletnej porażki, jaką była próba zwerbowania mnie do niej. Tu jej mocodawcy chyba rzeczywiście nie docenili skali indywidualizmu mojego charakteru - przecież ja nawet nigdy nie byłem członkiem żadnej organizacji, a obywatelem UEiR byłem tylko z urodzenia a nie z przekonania! Dla niej, z uwagi na niespodziewanie rozkwitłe uczucie do mnie, była to droga bez powrotu, ale i tak dowiedziałem się od niej na ten temat tylko tyle ile miała mi wyjawić podczas werbunku: organizacja mająca na celu dać ludzkości nową szansę, nowy początek, który nareszcie pozwoliłby być jednostkom skrępowanymi tylko wolnością innych, i prawami fizyki. To było właśnie podstawą prometejańskiego systemu filozoficznego: wolność jako najważniejszy z darów jakie otrzymuje samoświadoma istota w chwili narodzin. Muszę powiedzieć, że przemawiało to do mnie bardzo silnie, w końcu było podstawą moich działań w życiu, ale zbyt dużo liznąłem historii, aby nie wiedzieć, w co przeradzają się takie zakonspirowane inicjatywy, nawet o najszczytniejszych celach. Na ile wcześniejsze i późniejsze wydarzenia noszą piętno tej organizacji wiedzą prawdopodobnie tylko oni sami. Ja podejrzewam, że ich wpływ na nie był ogromny, i to nie tylko wtedy, gdy część z nich wystąpiła jawnie tworząc Enklawę Prometeusza, ale przede wszystkim wtedy gdy działali niejawnie. Na przykład, nie sądzę aby był przypadkiem wysoki odsetek osób o skłonnościach awanturniczych na naszym statku, osób bez jakichś szczególnych umiejętności wymaganych programem misji. W szczególności w moim przypadku, choć nie będę opisywał szczegółów, zawsze wydawało mi się że dostałem się na pokład zbyt łatwo - tak łatwo, że początkowo wietrzyłem w tym nawet pułapkę, co okazało się prawdą, choć w zupełnie innym znaczeniu niż przeczuwałem.

Powracając do przełomowych wydarzeń z końca podróży - byliśmy zbyt zajęci z Mają, jak zwykłem ją nazywać, odkrywaniem sekretów naszych ciał, aby w nich uczestniczyć. Była specjalistką od hydroponiki i opóźniła swój transfer ze względu na mnie. Tak przynajmniej wtedy sądziłem, jednak z perspektywy czasu narzuca mi się podejrzenie, że niemal wszyscy specjaliści którzy pozostali, aż do wybuchu walk i rozdzielenia modułów, byli jakoś powiązani z Prometejanami. Pewnie pomyślicie, że jestem uprzedzony, ale gdy popatrzy się na naszą historię pod tym kątem to wniosek taki sam się narzuca. Nie jest to zbyt miłe dla mnie, gdyż ja wtedy wydaję się ich nieświadomą niczego marionetką, albo wspólnikiem. W tym sensie Maja odniosła jednak sukces jako ich agentka i, w chwilach zwątpienia, wielokrotnie zastanawiałem się czy powiedziała mi prawdę. Wtedy jednak kochałem ją zbyt bardzo aby dostrzec takie niuanse, nawet gdy, już po walkach, przyniosła nam dwie strzelby wraz z zapasem amunicji, twierdząc że otrzymała od znajomych i rzuciła mi jedną krzycząc z radością uśmiechnięta od ucha do ucha: "na grubego zwierza". Nie przeczuwałem wtedy jak bardzo miały się przydać i jednocześnie jak bardzo nie wystarczą. Po wylądowaniu na pokładzie początkowo zapanował chaos, szczególnie gdy rozeszła się wieść o śmierci załogi mostka - cała obsada była obecna w czasie lądowania. Kapitan, ze względu na znane zdolności przywódcze, miał według planu misji uczestniczyć w tworzeniu cywilnego zarządu kolonii. Teraz, każdy kto próbował zapanować nad wydarzeniami był z miejsca oskarżany o udział w spisku na jego życie w celu zdobycia władzy. Gdy jeszcze rozległo się kilka wybuchów i system głównego zasilania odmówił współpracy, najwyraźniej mocno przeciążony, i prawdopodobnie uszkodzony, podczas lądowania, nikt nie musiał być namawiany do opuszczenia statku. Koloniści podzielili się na grupki, trzymające się razem zwykle dzięki bezpośredniej znajomości i rozpoczął się generalny rozładunek. Byłby on niemożliwy bez stosowania się do procedur przewidzianych na taką okazję i dopiero wtedy sytuacja nieco się uspokoiła. My z Mają przystaliśmy do jej znajomych z kręgu Prometejan. Okazało się, że mają już zorganizowaną całkiem sprawną grupę paramilitarną, więc moje przeszkolenie wojskowe i doświadczenia myśliwego nie zdały się na wiele. Gdy ona była zajęta rozładunkiem sprzętu, a nawet zupełnie podstawowy trwał wiele dni, ja wyruszałem na rekonesans okolicy. Zabiłem wtedy pierwszego szarżującego kowaka. Jak pewnie wiecie, planeta ma całkiem sporo dużych drapieżników, ale one zwykle nie rozpoznają w nas ofiar. To właśnie roślinożerny kowak jest najniebezpieczniejszy dla ludzi na Avalonie. Z daleka wydaje się podobny do krowy i niezdarny, ale gdy tylko zobaczy człowieka, z jakiegoś powodu zapala mu się lampka oznaczająca intruza i okazuje się że potrafi poruszać się z szybkością i gracją pantery - nie bez powodu Corrida z ich udziałem w Enklawie Esperanza zbiera śmiertelne żniwo wśród torreadorów i wymaga od nich prawdziwego mistrzostwa. Zanim nauczyliśmy się ich unikać zginęło wielu tak wtedy wartościowych ludzi...

Nie będę może zagłębiał się w zbytnie szczegóły. Dość powiedzieć, że mimo konfliktów o sprzęt i zasoby z innymi grupami, Prometejanie rozpoczęli budowę swojej Enklawy i szło im to najsprawniej z uwagi na to iż większość z wysoko kwalifikowanych specjalistów jakich kolonia jeszcze miała przyłączyła się właśnie do nich. Inni też jednak mieli swoje atuty, więc handel kwitł. Maja zajęła się hydroponiką i zespół pod jej przewodnictwem miał olbrzymie osiągnięcia. Ja zaś, żeby okazać się w czymś przydatnym, odkryłem w sobie talent zwiadowcy-tropiciela. W tej też roli byłem wynajmowany przez kompanie najemników używane do ochrony karawan. Oznaczało to czasem dość długie rozstania, ale po powrocie wynagradzaliśmy to sobie z nawiązką tym intensywniejszymi zbliżeniami i mimo iż śmierć królowała wokół nas, my opieraliśmy się jej dzielnie, chcąc żyć tak bardzo... Nic jednak nie trwa wiecznie.

Upłynęło 7 lat, lat tak długich dla innych, dla nas jednak zdecydowanie zbyt krótkich. Stało się już pewnikiem, że o ile nie stanie się jakiś cud, niespodziewany przełom w badaniach, ratunek z zewnątrz, lub cokolwiek co mogłoby odmienić nasz los, wszyscy wymrzemy przed upływem 2-3 lat. Większość już chorowała, w niektórych Enklawach niemal wszyscy, dla mnie i Mai jednak pojawiła się iskierka nadziei - po tylu latach starań Maja wreszcie zaszła w ciążę. Poczytywaliśmy to sobie za dobry znak dla wszystkich. Byliśmy akurat w Enklawie Victorii, z którą Prometejanie ściśle współpracowali - ona jako konsultantka od hydroponiki, ja jako część kompanii najemników chroniącej jej konwój. Gdy nadszedł czas powrotu ciąża była jeszcze dość wczesna, więc Maja zdecydowała się wracać - Prometejanie mieli lepszą opiekę medyczną. W trakcie powrotu ujawniły się jednak jakieś niekorzystne efekty i tak bardzo osłabła, że nie mogła poruszać się o własnych siłach. Byliśmy już blisko, kiedy poczuła się znacznie lepiej. Uwielbiała otwartą przestrzeń i tym razem też zapragnęła upoić się jej widokiem, poczuć wiatr na twarzy, wciągnąć w nozdrza niemal odurzający zapach przyrody Avalonu. Na moje już standardowe napomnienia, że to dodatkowo przyczynia się do akumulacji metali ciężkich w jej organizmie, uśmiechnęła się promiennie, przeciągnęła rozkosznie i odpowiedziała to co zwykle w takich wypadkach: "Ja tylko oddycham...". Nie dodała już zbyt znanego: "...w przeciwieństwie do pewnych osobników lubiących taplać się w błocie.", co było aluzją do tego w jakim stanie wracałem z moich wypraw. Jakże mogłem jej odmówić? Podczas jednego z popasów niemal wniosłem ją na niewielkie wzgórze i oddaliśmy się kontemplacji widoku - piękno krajobrazu zapierało dech w piersiach. W pewnym momencie zostałem wywołany z obozu. Zapewniła mnie, że może chwilę zostać sama i potrząsnęła, dla dodania słowom wagi, strzelbą, tą samą którą przyniosła jeszcze na statku. Ja miałem ciągle swoją - były na tyle prymitywne, że potrafiliśmy już wytworzyć pewną ilość amunicji do nich. Nie zdążyłem zejść nawet do połowy wzgórza, kiedy usłyszałem trzask łamanych gałęzi, ostrzegawczy krzyk Mai i huk jej wystrzału. Odwróciłem się najszybciej jak mogłem z bronią gotową do strzału i ujrzałem ją klęczącą na jednym kolanie, próbującą przeładować. Nie trafiła - chyba dało o sobie znać osłabienie, gdyż była lepszym strzelcem ode mnie. Tym samym spojrzeniem dostrzegłem szarżującego kowaka i wystrzeliłem niemal nie mierząc. Było już jednak za późno - jak się potem okazało, strzał był perfekcyjny, prosto w oko, ale mimo natychmiastowego zesztywnienia, pęd jego masy zdołał wgnieść Maję w ziemię. Jej zwykle rewelacyjna szybkość tym razem zawiodła i nie zdążyła wykonać uniku. Gdy podbiegłem, jedyne co mogłem zrobić to potrzymać ją za rękę, aby dodać otuchy w chwili śmierci i, wysłuchawszy jej ostatnich słów, wziąć ją w ramiona składając pożegnalny pocałunek na ustach - umarła szybko, a uśmiech jej zdawał się aż boleśnie filuterny, gdy odchodziła bez jednej skargi, zabierając ze sobą nasze nienarodzone dziecko.

Jej ostatnie słowa... Zapamiętałem je na zawsze, ale nie posłuchałem ich wtedy - chciałem umrzeć. Sytuacja kolonii i tak wyglądała na beznadziejną, więc po co odwlekać nieuniknione? A jednak nie potrafiłem umrzeć tak po prostu. Wciąż kołatały mi po głowie pytania Mai o cel mojego życia. W przebłysku jasności umysłu dojrzałem że takim celem mogę uczynić dotychczas nieosiągalne - odkrycie źródła już legendarnej anomalii energetycznej. Nikt kto wyruszył w tym celu nie powrócił, a więc nawet porażka będzie zwycięstwem - umrę. Jak zapewne wiecie, lub już się domyślacie, los spłatał mi kolejnego figla i to ja byłem tym pierwszym, który wrócił, choć odmieniony na całe życie, a jej ostatnie słowa okazały się prorocze.

Co sprawia że funkcje falowe redukują się tak a nie inaczej, że wydarzenia przybierają taki a nie inny obrót - czy los jest rzeczywiście ślepy? Czy istnieją rzeczywistości w których Maja nie musiała zginąć abyśmy mogli żyć? Ach, oddałbym wszystko za taką możliwość...

Gdy wytrzeźwiałem wystarczająco aby móc skutecznie działać, moim pierwszym krokiem było rozgłoszenie najszerzej jak się dało mojego zamiaru, z przewidywanym terminem rozpoczęcia wyprawy i oczekiwaniami odnośnie ewentualnych jej innych członków. Następnie zająłem się porządkowaniem własnych spraw - sprzedałem wszystko co miałem, zakupując niezbędne moim zdaniem zaopatrzenie, mające wystarczyć mi na kilka tygodni pieszej wędrówki. Nie było tego dużo: liofilizowany prowiant, urządzenie do uzdatniania wody i żyroskop, który stanowił ogromną większość kosztów ze względu na pochodzenie jeszcze z Ziemi - spodziewałem się że jednym z problemów poprzednich wypraw mogła być trudność w ustaleniu kierunku, w sytuacji gdyby anomalia miała także okazać się magnetyczną i gdy obserwowaliśmy z orbity stałą pokrywę chmur nad jej centrum. Moje zamiary nie znalazły wielkiego zrozumienia i zwykłą reakcją było albo pukanie się w czoło, albo wyrazy współczucia od tych co wiedzieli o mojej stracie. A jednak zanim wyprawa wyruszyła zebrało się nas z różnych Enklaw dziewięciu - dziewięciu pragnących swoją śmiercią oddać hołd ludzkiej woli eksploracji, umrzeć, albo raczej podjąć ryzyko śmierci graniczące z jej pewnością, w imię szansy na znalezienie czegoś niespotykanego, w imię szansy na poszerzenie naszej wiedzy, nawet mimo tego iż miałaby ona służyć nam już niedługo.

Jak już wiecie wysiłek ten został wynagrodzony, ale koszt był znaczny. Wydawałoby się, cóż to jest te 500 km? - dystans do pokonania spacerkiem w 2 tygodnie, tym bardziej że przez ostatnie lata wszyscy wychodzący poza Enklawy zaadaptowali się już do długich marszów. Gdyby to było jednak takie proste anomalia byłaby już dawno zbadana. Gdy minęło 2 tygodnie wędrówki w coraz bardziej niesprzyjających warunkach ciągle jeszcze nie osiągnęliśmy stałej pokrywy chmur, choć od dawna widzieliśmy ją majaczącą złowieszczym granatem na horyzoncie, a nasza wyprawa liczyła już tylko czterech członków - ponad połowa została za nami w bezimiennych mogiłach. Avalon, choć przepiękny, okazał się bezlitosny i odbierał nam towarzyszy jednego po drugim: a to podczas przeprawy przez jedną z licznie przegradzających nam drogę rzek, a to jako ofiarę tutejszej fauny, a to przez jeden nieostrożny krok i skończenie na dnie zdradliwego wykrotu z przebitym płucem. Byliśmy wszyscy przygotowani na śmierć. Aby się nie obciążać nadmiernie nie zabraliśmy nawet żadnego z modnych, drogich, choć niewiele wartych, systemów chroniących w mniejszym lub większym stopniu przed wpływami środowiska - spodziewaliśmy się więc, że nawet jeśli powrócimy w glorii chwały, to nie pożyjemy długo z powodu zakumulowanych metali ciężkich. A jednak tak szybki ubytek ludzi, z którymi zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić, nie wpływał dobrze na nasze morale. W dodatku zauważalnie podpadliśmy na zdrowiu. Mimo tego, mimo że zaczynało się nam wydawać iż roślinność celowo czepia się nas swoimi powykręcanymi w osobliwy sposób palcami i próbując zatrzymać, szeptem omawia plany naszej zagłady, mimo że wąwozy okazywały się często wieść nas w miejsca nie do przejścia, parliśmy wytrwale naprzód. Moje doświadczenie i instynkty zwiadowcy okazały się bezcenne, szczególnie gdy podbudowani tygodniem bez ofiar, dwudziestego dnia naszej wędrówki zauważyliśmy że poranna mgła nie ma zamiaru ustąpić, a mój tak drogi żyroskop nie chce działać - kompas był bezużyteczny od dawna. Z jednej strony pokrywa roślinna zrzedła radykalnie i przybrała nad wyraz osobliwe, gumowate w dotyku formy, co bardzo ułatwiało nasze poruszanie się, z drugiej - wieczna szarość, wilgoć i pogłębiający się spadek widoczności ogromnie to utrudniało. W dodatku zjawiska pogodowe nabrały ogromnej gwałtowności. Przez ulewy, porywiste wiatry lub burze bywały dni że nie udało nam się zupełnie ruszyć się z miejsca. Piętrzące się problemy, narastająca ciemność, upewniały nas że idziemy we właściwym kierunku i moje przewodnictwo jest właściwe, choć nie pomagało nam to iż nasze systemy nerwowe zaczynały odmawiać posłuszeństwa - halucynacja stała się naszą nieodłączną towarzyszką. Przyzwyczailiśmy się już że widzimy rzeczy niedostrzegalne dla innych. W moim przypadku Maja, pojawiająca się w moich snach już od dawna, zaczęła prowadzić mnie wskazując drogę także na jawie. Trzeba jej przyznać, prowadziła świetnie - zaczęliśmy po prostu połykać teren. Któregoś dnia, już dawno straciłem ich rachubę, tym bardziej że dzień zaczął różnić się niewiele od nocy - podobny półmrok, gęsta mgła, rozświetlana od czasu do czasu zimnym światłem niewiadomego dla nas pochodzenia - umarł Archie. W trakcie popasu zasnął, by się już nigdy nie obudzić. Pochowałem go, a przynajmniej wydaje mi się że tak było - pozostali dwaj rozmawiali z nim dalej, jakby ciągle żył i maszerował z nami, jak zawsze na końcu kolumny.

Pewnego dnia dotarliśmy, choć poruszaliśmy się już ostatkiem sił, podtrzymując się wzajemnie w chwilach dla któregoś nas gorszych, żywiąc się już od jakiegoś czasu miejscowymi znaleziskami wskazanymi przez Maję. Mgła zrzedła, zrobiło się jaśniej - początkowo myślałem że jednak zbłądziliśmy, ale Maja powiedziała po prostu: "To już tutaj", uśmiechając się w sposób który nadawał sens dalszym staraniom. I rzeczywiście, ujrzeliśmy dziwaczne kształty wyłaniające się z mgły, podświetlone miejscami zielonkawym światłem. Dla mnie oznaczało to jedno: nareszcie mogę w spokoju nacieszyć się Mają. Moi towarzysze byli jednak chyba już znudzeni moim przewodnictwem - zakrzyknąwszy z radością jakby co najmniej zobaczyli na pustyni oazę, co wywołało nagły przypływ sił witalnych, rozdzielili nasze uprzęże i pobiegli z entuzjazmem w kierunku obiektów za nic mając moje nawoływania o opamiętanie. Co dziwne, przez chwilę wydawało mi się, że czmychnął za nimi także Archie. Nigdy ich już więcej nie widziałem, nawet w snach, jakby Kompleks pochłonął ich bez reszty.

Gdy ich radosne okrzyki nikły w oddali, powtarzane przytłumionym echem, Maja pogłaskała mnie po twarzy, wzięła za rękę i poprowadziła znowu. Gdyby nie ona pewnie usiadłbym z rezygnacją i po prostu cieszył oczy jej widokiem - nowe widma za którymi podążyli współtowarzysze zupełnie nie wydawały mi się atrakcyjne. Wręcz przeciwnie, wzbudzały lęk, potęgowany przez moje instynkty krzyczące o niebezpieczeństwie. Oczywiście poszedłem za nią z ufnością. Lęk tchnął we mnie nowe siły, więc szliśmy pewnie. Prowadziła bez wahania, jakby znała to miejsce od zawsze.

Do dziś nie wiem co było wytworem umysłu toczonego chorobą, co powodował Kompleks, a co rzeczywiście widziałem. Dość powiedzieć że ciągle śni mi się to w najgorszych koszmarach, już bez obecności tej uspokajającej postaci, którą brałem za nią, a która po czasie wydającym się nieskończonością, pośród tworów, których kształt i faktura wydawały się zaprzeczać znanej mi fizyce, po prostu odwrócił się, uśmiechnął przepraszająco i z potwornym bólem w mojej piersi zniknął, pozostawiając pustkę gasnącej świadomości. Mimo bólu, mimo poczucia straty kiedy w nagłym przebłysku zrozumienia dotarło do mnie że była złudzeniem, pamiętam odczuwaną radość, że oto, być może, będę nareszcie miał szansę do niej dołączyć, że przecież śmierć musi nas połączyć.

A jednak to jeszcze nie był mój czas. Następne co moja świadomość była w stanie zarejestrować, kiedy na powrót przebudziła się w moim ciele, było zdumienie. Zdumienie nie tylko faktem, że nadal wydaję się żyć i pracowicie przedzieram się przez chaszcze, ale też tym, że czuję się pełen sił i nie odczuwam żadnych oznak choroby, a ciepło rozgrzanych od wysiłku mięśni przyjemnie rozchodzi się po całym organizmie. Nagły lęk o własną poczytalność był tak duży, że wypuściłem maczetę - jak się po oględzinach okazało, jedyny przedmiot jaki posiadam. Nie miałem nawet strzępu ubrania...

Po chwili przyszła refleksja, że skoro lękam się o własne zdrowie umysłowe, skoro zauważam absurdalność sytuacji, to jeszcze z moim umysłem nie jest tak źle, więc czemu nie wziąć znakomitego samopoczucia za dobrą monetę, kiedy nic nie wydaje się temu zaprzeczać? Wędrować zupełnie nago było mi trochę niezręcznie, a pogoda wydawała się letnia, więc zrobiłem sobie skąpe okrycie z liści i rozejrzałem po okolicy - wobec zupełnie niespodziewanych faktów należało się zastanowić nad dalszym postępowaniem. Jako że moje potrzeby fizjologiczne wydawały się zaspokojone, pierwszym problemem do rozwiązania było ustalenie gdzie ja w ogóle jestem. Flora i fauna wyglądały na znakomicie mi znane z Avalonu i to z okolic, które zasiedliliśmy, a jednak mój stan wydawał się temu zaprzeczać: jak mogłem wędrować, żywiąc się najwyraźniej miejscowymi znaleziskami, przez nie wiadomo jak długi okres i nie ulec zatruciu? Czyżby ten kto mnie uleczył, a, o ile pamięć nie płatała mi figli, ktoś musiał, uodpornił mnie także aż tak na wpływy środowiska?

Moje krótkie deliberacje zakończyły się konkluzją, że potrzebuję więcej informacji, a nijak ich nie zdobędę bez podjęcia wędrówki. Rzednący las sam wskazywał kierunek marszu i zanim się obejrzałem wyszedłem na szlak, w którym, po krótkim podążaniu nim, rozpoznałem drogę wiodącą wprost do Enklawy Prometeusza. Niepokój wzbudzał jedynie fakt, że według moich szacunków byłem nie dalej od niej jak kilka godzin spokojnego marszu, a ciągle nie spotkałem żywej duszy. Byłby to doprawdy dziwaczny figiel losu gdybym cudownie ocalony wrócił nie zastając już nikogo żywego, komu mógłbym przekazać wieść że nadzieja na przeżycie jest realna. Uspokojony myślą, że przecież szlak nie zdążył zarosnąć, przyspieszyłem jednak kroku.

Głód zaczynał mi już mocno doskwierać, kiedy dotarłem na miejsce. Zostałem przyjęty z ogromną nieufnością. Okazało się że nie było mnie niemal rok, wróciłem zarośnięty, w zasadzie nagi, ale w kwitnącym zdrowiu - każdy byłby nie tylko nieufny, ale też spoglądał z zawiścią w sytuacji, gdy Enklawa, przepełniona uchodźcami z okolicznych osiedli, była na granicy załamania z powodu chorób wywołanych pogłębiającym się zatruciem mieszkańców. Wcześniej o tym nie pomyślałem, ale całkiem możliwe że w innych okolicznościach, nawet mimo tego że miałem tam wielu znajomych w kręgach władzy, z których kilku mógłbym spokojnie nazwać przyjaciółmi, byłbym poddany izolacji, obserwacji i kto wie czemu jeszcze. Wykpiłem się jednak tylko wzbudzającą entuzjazm opowieścią, obietnicą pokierowania następną wyprawą do Kompleksu w celu wydarcia jego tajemnic i poddaniem się cichej obserwacji do tego czasu.

Do tej wyprawy nigdy jednak nie doszło i resztę zapewne znacie z oficjalnej historii powstania Konfederacji Prometejańskiej.

c.d.n.

[Edited by PAwleus on Feb 27, 2011 at 18:04]

Sept 11, 2010 at 17:52

Print
swera
Status: Novice

Posts: 1
Registered: Oct 28, 2014
IP: Logged
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #8]

Wysłane. Dokonałem drobnej modyfikacji jeśli chodzi o tytuł mojego władcy. Polska wersja nieco rożni się od dostępnych angielskich.

_________________________________
swera

Oct 28, 2014 at 17:11

Print
Merthen
Status: Moderator

Posts: 5146
Registered: Aug 25, 2008
IP: Logged
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #9]

Witam

Niestety mam dla Ciebie złą wiadomość. To jest PBEM z 2010 roku, dawno się już zakończył. Następne z tego co wiem nie są planowane.

Oct 28, 2014 at 20:27

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2302
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
Re: PBEM8 Atena 0.9x [Przygotowania - państwa] [post #10]

I to była dobra gra, tylko trochę z krótka Właśnie sobie zdałem sprawę, że nigdy nie skończyłem tego pamiętnika, czego szczerze żałuję. Co prawda, plan był tak pomyślany, że i tak kończyłby się on nagle w momencie przygotowań do szturmu na system Obcych, bo Bolko Morawian miał zginąć w chwili triumfu, w trakcie bezpośredniego dowodzenia nim, a krótkie podsumowanie z opisem bitwy miało być napisane z punktu widzenia historyka. Może będzie to niewielkim pocieszeniem, ale tak zżyłem się z tą postacią (całkowicie wymyśloną przeze mnie), że pozwoliłem sobie nie dać popaść jej całkowicie w zapomnienie - NPC-a nazywającego się Bolko Moravian będzie można spotkać w Elite Dangerous

Oct 28, 2014 at 21:47

Print
^ Początek strony ^



Username: Password: Lost your password?

tForum version b0.94.1.2 (© 2003 tForumDevTeam)

The comments published here represent only the personal opinions of the respective users. civ.org.pl and it's staff is not held responsible for the contents of the posts.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Portal civ.org.pl ani jego redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.


hosted by artserwis.pl - praca, konkursy, portfolia dla twórców.