civ.org.pl forums > Space4x - Space Empires V - Diaspora > [Imperium] Promethean Confederacy
Zmień język na polski. Switch to English.

Print This Topic        Mark Topic as Unread 

civ.org.pl forums > Strategie Kosmiczne 4X > Space Empires V - Diaspora
Poster
Message    
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
[Imperium] Promethean Confederacy [post #1]

Przywódca: Bolko Morawian
Państwo: Konfederacja Prometejańska (w grze: Promethean Confederacy)
Typ rządów: Republic
Typ społeczeństwa: Artisans

Planeta Macierzysta: Avalon
Planeta: Rock
Atmosfera: Oxygen

Narodowość: Prometejanie (w grze: Prometheans)


Flaga:



Shipset:


Komponenty narodowe (o ile dobrze pamiętam): Hermes - Quantum Engine +15% movement points, Atlas - Civil Quantum Engine +15% movement points, Ceryx - Small Quantum Engine +15% movement points

[Edited by PAwleus on Apr 07, 2011 at 11:43]

Jan 15, 2011 at 10:19

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
I. PRELUDIUM [post #2]

Zmiana... A wydawało się, że do zmian można się przyzwyczaić, przestać widzieć w nich coś niezwykłego. W powietrzu wyraźnie jednak czuć zmianę i nasza wiedza o rzeczywistości staje się jeszcze mniej pewna niż była do niedawna. Czy i to przetrwamy sprostając następnemu wyzwaniu? Czy innym ziemskim wysłannikom udała się sztuka budowy kolonii? Czy też być może ludzkość zaginie wraz ze śmiercią ostatniego z nas?

Tak, umieramy - ten trend jest wyraźnie widoczny, choć wobec bezprecedensowego rozwoju naszej kolonii wielu wciąż się łudzi, że jest to tylko statystyczna fluktuacja. Niestety, ktoś taki jak ja, Bolko Morawian, zwany przez przyjaciół Sprawiedliwym, choć za plecami, jak słyszałem, po prostu Starym, a przez wrogów Nieustraszonym, albo nawet - jako zew awanturniczej przeszłości - Szalonym, przywódca społeczności na skalę planetarną, która po wielu perturbacjach została zjednoczona pod jednym berłem i przyjęła się zwać Konfederacją Prometejańską, tytułowany jako Guardian of Freedom, pan na Enklawach: Kompleksu, Królewskiej, Victorii, Prometeusza, Alezjańskiej, Helweckiej, Silezjańskiej, Madziarskiej, Kartezjańskiej, Platońskiej, Denubiańskiej, Hedon, New Order, Dominium Elgado, Nighthawk, Karpediemskiej, Esperanza, etc. etc., nie może sobie pozwolić na ten luksus, gdyż byłoby to zdradą jego powinności wobec jego ludzi.

Moi ludzie - tak, myślę tak o nich, niemal jak o własności, w końcu zostałem dożywotnio wybrany przez ich szlachetnych przedstawicieli, aby bronić ich wolności zapisanych w Konstytucji, zarówno przed zakusami innych jednostek jak i ogromnych organizacji w rodzaju adhokratycznych koalicji Enklaw, jako ostatnia instancja, teoretycznie wyposażony w taki rozmiar władzy, że gdyby został użyty w innych celach to czyniłby z nich faktycznie moją własność - o ile oczywiście znalazłby się wtedy ktoś gotów służyć mi jako egzekutor tejże władzy. Myślę o nich niemal jako o mojej własności, ale jednocześnie staram się pamiętać, że każdy z moich poddanych to unikalny umysł, to istota obdarzona iskrą świadomości, której należy się wolność z samego faktu narodzin, tak długo jak nie gwałci wolności innych. Dlatego też gdy widzę jak rosnąca z miesiąca na miesiąc fala tajemniczych zgonów obejmuje tych ludzi, odbierając im możliwość korzystania z tej wolności, czuję, że przynajmniej częściowo już ich zawiodłem. A jednak śmiem patrzeć w przyszłość z optymizmem, powtarzając sobie za dawnym filozofem: "Wierzę, że ten bezwłosy embrion, z przypadkiem dającego się we znaki, nadmiarowo rozrośniętego mózgu i przeciwstawnego kciuka, to zwierzę ledwie powyżej małp, przetrwa - przetrwa dłużej niż jego planeta, rozprzestrzeni się na inne, do gwiazd, i poza nie, niosąc ze sobą uczciwość, nienasyconą ciekawość, nieograniczoną odwagę... i swoją, zasadniczo szlachetną, przyzwoitość. W to wierzę całym swoim sercem." I dlatego, zanim śmierć przyjdzie i po mnie, zamierzam, tak jak czyniłem to dotychczas, zrobić wszystko co w mojej mocy, aby temu zwierzęciu we mnie, i w nas wszystkich, pomóc.

Niech ten rodzaj pamiętnika będzie świadectwem moich wysiłków, a zarazem testamentem dla moich następców.

Mar 06, 2011 at 18:22

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
II. EXODUS [post #3]

Śmierć - odwieczny towarzysz ludzkości... Czy rzeczywiście musimy się jej lękać jako drogi prowadzącej ku nicości, jak chcą jedni, i odwlekać ze wszystkich sił nieuniknione? Czy wręcz przeciwnie, powinniśmy zaakceptować tę nicość, a nawet pokochać, jak chcą drudzy, i uczyniwszy ją naszym upragnionym celem, zatracić się w niej już za życia? Czy też jest ona darem, pozwalającym wyzwolić się z ludzkich ograniczeń, jak chcą inni, i ujrzeć wreszcie, dotychczas tylko przeczuwane, piękno w całym swym olśniewającym blasku? A może, owszem, jest ona darem, ale zaledwie pozwalającym, poprzez świadomość ograniczoności naszego życia, z tym większą intensywnością korzystać z tych niewielu dni, które zostały nam dane, jak chcą jeszcze inni, i czyniącym wątłą iskierkę naszego życia gorejącym płomieniem, rozświetlającym przygnębiającą pustkę Wszechświata?

A jednak śmierć nie jest naszym jedynym towarzyszem w tej pustce. Śmierć, właśnie teraz, dobitnie przypomina nam o tym z każdym niewyjaśnionym zgonem, układającym się we wzór niedwuznacznie wskazujący, że jedyną jego przyczyną może być nasz dobroczyńca, a może jednak przekleństwo - Kompleks. Co za ironicznie dwuznaczna nazwa przylgnęła do tego niewątpliwie sztucznego konstruktu, pierwszego dzieła obcej inteligencji na jakie natknął się człowiek, i to od razu na skalę małego miasta. Dzieła, które mimo swojej niezmiernie częstej letalności w kontakcie z pojedynczymi istotami ludzkimi, wydawało się przez stulecie wspaniałym darem dla naszej społeczności, bez którego nasza kolonia byłaby skazana na zagładę, które wręcz umożliwiło nam rozkwit, mimo niespodziewanej nieprzyjazności planety, mimo krwawych konfliktów między grupami osadników o kontrolę nad nim, mimo utraty ogromnej większości śmiałków eksplorujących jego niesamowite zabudowania, jakby żywcem wyjęte ze schizoidalnego koszmaru, wiecznie spowite w kłębiącej się, lepkiej mgle. Byłem tam...

Pewnie o tym wiecie, ale pozwólcie starcowi powspominać czasy awanturniczej młodości, zaraz po Lądowaniu, czasy zażartej walki o przetrwanie, czasy wprawiającej w uniesienie chwały po zaskakujących osiągnięciach i przejmującego żalu po najczęściej spodziewanych stratach, kiedy, jak nigdy dotąd i nigdy potem, liczył się każdy człowiek, każda umiejętność, kiedy wydawało się, że uratować nas może tylko cud, że wszystko co mamy to nadzieja, kiedy, na nasze szczęście, stał się cud...

Cud? - zapytacie - jaki cud? No tak, dla was Kompleks to element krajobrazu, coś z sąsiedztwa - cóż może więc być w tym cudownego? Żebyście to zrozumieli muszę cofnąć się pamięcią jeszcze bardziej, aby odpowiednio naświetlić wam to, o czym zapewne wiecie od dzieciństwa, co obrosło już tak dawno dziecięcymi kwalifikatorami swojskości, normalności, że spontaniczna refleksja, jak nad nieznanym, jest niemal niemożliwa.

Wyruszaliśmy z Ziemi, ginącej matki ludzkości, w jej ostatnich chwilach, niesieni przez kilkanaście najbardziej zaawansowanych wytworów, na jakie było stać naszą kilkutysiącletnią cywilizację techniczną, jako jedna z jej ostatnich szans na przedłużenie istnienia. Wyruszaliśmy z nadzieją w nieznane, wielu ściganych wyrzutami sumienia za bliskich pozostawionych bez pomocy, za sposób w jaki dostali się na pokład lub choćby za nadzieję przetrwania, podczas gdy miliardy wydawały się skazane na zagładę. A cała nasza nadzieja zawierała się w naszych potężnych arkach i w niekompletnych danych dostarczonych przez jedyną sondę, jakiej udało się powrócić z zaburzenia grawitacyjnego na obrzeżach Systemu Słonecznego, będącego, według danych z sondy, wrotami wiodącymi do planety będącej niemal bliźniakiem Ziemi - nadzieja tak przejmująca, że planeta będąca naszym celem została nazwana niezbyt oryginalnie Avalonem. Nasze arki, wynik wieloletniego wysiłku ogromnych społeczności, miały nas tam nie tylko bezpiecznie dostarczyć, nie tylko miały dać nam środki na zagospodarowanie, ale miały uratować z Ziemi tak dużo jak to tylko było możliwe. Z uwagi na to, że wrota ulegały destabilizacji na wiele lat już po przedostaniu się przez nie obiektów wielkości sondy, cała operacja była obarczona wysokim ryzykiem, gdyż nikt nie wiedział jak zachowają się podczas jednoczesnego przejścia kilkunastu olbrzymich okrętów - każda próba oznaczała duże prawdopodobieństwo niemożliwości skorzystania z nich przez długie lata. Nie było więc wielkim zaskoczeniem, kiedy podczas transferu implodowały, niszcząc kompletnie jedną z arek, a uszkadzając naszą, na szczęście, jak się nam zdawało, tylko powierzchownie. Do planety dotarliśmy już bez dalszych przeszkód, jeśli nie liczyć rosnących tarć pomiędzy załogami - znaleźli się tacy, którzy, mimo absurdalności zarzutów, znaleźli powody aby posądzać innych o sabotaż zniszczonego okrętu. Niesnaski tego typu urosły do znaczących rozmiarów między modułami naszej arki, z uwagi na nasze uszkodzenia - traf chciał, że niemal wszystkie dotyczyły naszego modułu. Miało się to wkrótce okazać brzemienne w skutkach.

Dodatkową nerwowość wprowadzał fakt, że nasze sondy wykryły dużą koncentrację metali ciężkich w powierzchniowych warstwach planety, czego nie ujawniły dane z pierwszego próbnika, a co stawiało pod znakiem zapytania sensowność masowej kolonizacji w krótkiej skali czasowej - osiedla musiałyby być budowane niemal tak jak na niegościnnych planetach, aby zabezpieczyć kolonistów przed długotrwałym wystawieniem na oddziaływanie zwiększonej koncentracji tych metali na ich organizmy, z następowym zatruciem nimi. Drugą anomalią była zagadkowa emisja energetyczna z miejsca, które wydawało się zawsze pokryte chmurami, a w którego okolicy każdy wysłany próbnik milkł przed przekazaniem czegokolwiek sensownego, poza zameldowaniem o dostaniu się w strefę gwałtownych zaburzeń atmosferycznych - skanowanie miejsca z orbity także nie przyniosło żadnej konkluzji. Co ciekawe, poza tym dwoma elementami, sama planeta jak i jej biosfera były tak podobne do Ziemi, że nawet podstawowe budulce życia były identyczne, a zdjęcia krajobrazów pokazywały scenerie promieniujące obcością w stopniu podobnym do każdego z miejsc na Ziemi, w których się jeszcze nie było.

Podczas gdy w napięciu oczekiwaliśmy na orbicie na dalsze dane z planety, ktoś wpadł na pomysł, aby przebadać system w poszukiwaniu zaburzeń grawitacyjnych podobnych do tego, którym się tu dostaliśmy. Ku naszej radości nie tylko takich zaburzeń było w tutaj wiele, ale były znacznie stabilniejsze - ulegały destabilizacji tylko na kilka tygodni po przejściu sondy i, mimo tego, sygnały z drugiej strony mogły być ciągle odbierane. Nasza radość była tym większa, że za wieloma z tych wrót zostały wykryte planety podobne do Ziemi.

Tym boleśniejsza była wiadomość, że po przestudiowaniu naszych uszkodzeń okazało się, iż moduł nasz, mimo że zachował zdolność samodzielnego lądowania, to jednak raczej nie ma szans na przetrwanie jeszcze jednej dawki turbulencji grawitacyjnych. Wobec panującej nieufności, żadna z arek nie chciała wziąć na pokład kolonistów z innej, a nawet negocjacje pomiędzy modułami naszej były trudne. W końcu zgodzono się, mimo dodatkowych emocji narodowościowych, że pozostałe moduły mogą awaryjnie pomieścić ludzi z naszego i ustalono szczegółowy plan - poczynając od tych bardziej krytycznych dla powodzenia misji, jak naukowcy, czy technicy rzadkich specjalności, a kończąc na tych mniej, jak handlowcy, robotnicy mniej wykwalifikowani, czy po prostu tacy awanturnicy jak ja, którzy dostali się na pokład mniej lub bardziej legalnie.

Podczas gdy my negocjowaliśmy, pozostałe arki skierowały się do wrót, każda do innego, w nadziei że przejście tylko jednej arki nie doprowadzi do implozji w trakcie pokonywania ich, więc nie będzie groźby zniszczenia statku. Pierwsza próba zakończyła się częściowym sukcesem - otrzymaliśmy komunikat z drugiej strony o pomyślnym zakończeniu transferu, ale zaburzenie grawitacyjne po prostu znikło po kilku godzinach niestabilności, odcinając nas prawdopodobnie na zawsze. W przypadku pozostałych arek było podobnie - zostaliśmy sami z naszym problemem w trakcie przetransportowywania ludzi do pozostałych modułów.

Niestety, podczas transferowania ludzi, gruchnęła wieść, że wszyscy się jednak nie zmieszczą, a cały plan jest tylko przykrywką dla pozostawienia tych ocenionych jako najmniej wartościowi. Doszło do zamieszek, a następnie, gdy ktoś dostał się do magazynów broni, do regularnych walk, w trakcie których pozostałe moduły awaryjnie oddzieliły się od naszego. Musicie wiedzieć, że arki składały się z samodzielnych modułów, które były pod każdym względem osobnymi pojazdami kosmicznymi, połączonymi razem, prócz względów politycznych, zasadniczo tylko dlatego, że symulacje dowodziły, iż taka konfiguracja miała większe szanse na przetrwanie podczas pokonywania wrót w Systemie Słonecznym, a które miały i tak rozdzielić się przed lądowaniem na planecie. Teraz, gdy połączenia zostały zerwane nie tylko fizycznie, ale, na skutek walk, także mentalnie, zostaliśmy rzeczywiście sami. Jedyne na co było stać odlatujących to życzenia powodzenia i obietnice przysłania pomocy, o ile wrota nie będą się zapadały po przejściu tylko jednego modułu. Jak się jednak okazało, mimo iż wybrali osobne wrota, z wyjątkiem kilku modułów, które z nieznanych powodów wydawały się ignorować rozsądek lub miały za nic deklaracje pomocy i dokonały wspólnego transferu, po kilku dniach niestabilności każde z nich uległo zamknięciu, a nam pozostała tylko jedna opcja: Lądowanie.

Otrzymując ostatnie sygnały od naszych do niedawna współpodróżnych, obserwując nieodwołalnie zapadające się zaburzenia grawitacyjne, które mogłyby nas z nimi połączyć, dzięki którym moglibyśmy otrzymać pomoc, wielu ze łzami w oczach, czy to żalu, czy wściekłości, nawet nie przeczuwaliśmy, że skala naszych problemów zostanie wkrótce znacznie zwielokrotniona.

Właśnie na ten moment chciałbym zwrócić Waszą uwagę w kontekście tego co określiłem jako cud. Ten moment dobrze obrazuje jak bardzo pogląd, że, jako istoty inteligentne, jesteśmy sami w bezpośrednio poznawalnym dla nas fragmencie Wszechświata, wrył się w kolektywną świadomość ludzkości. Pomyślcie tylko, czy w sytuacji gdy odkrylibyście zagadkową emisję energetyczną, nie poddającą się dotychczasowym próbom zbadania, gdy znaleźliście wiele anomalii podobnych jak ta w Systemie Słonecznym i niemal każda z nich prowadziła do systemu z ziemio-podobną planetą, czy w takiej sytuacji nie wzięlibyście poważnie pod uwagę możliwości, że są to przejawy działania obcej inteligencji? A jednak taką możliwość wyartykułowały tylko pojedyncze jednostki i nawet dla nich była ona na tyle nieprawdopodobną, że nieznane są mi przypadki, aby wpłynęło to na ich pozawerbalne procesy decyzyjne. W powszechnym odczuciu wszystko to musiało być pochodzenia naturalnego i było traktowane jako jeszcze jeden objaw działania jakichś, chwilowo niepoznanych, ślepych sił przyrody. Taka postawa niemal doprowadziła nas do zguby... Ale może po kolei...

[Edited by PAwleus on Mar 06, 2011 at 19:27]

Mar 06, 2011 at 18:24

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
III. LĄDOWANIE [post #4]

Gdy z rezygnacją zaczęliśmy gremialnie rozważać, co też powinniśmy wybrać na podstawie znanych faktów na miejsce lądowania, a była to w założeniach misji jedyna decyzja kolektywna jaką mieliśmy podjąć podczas podróży, gdy ponownie rozgorzały emocje, z mostka dotarło do nas obwieszczenie Kapitana, zawiadamiające, że musimy wziąć pod uwagę nieznany dotychczas powszechnie fakt o doniosłym znaczeniu. Przypomnę może sytuację: Avalon okazuje się niegościnny z powodu zbyt wysokiej koncentracji metali ciężkich i wobec konieczności lądowania musimy użyć zaawansowanych technologii aby mieć szanse na przeżycie w dłuższej skali czasowej. W tej sytuacji informacja, że na skutek walk straciliśmy, prawdopodobnie bezpowrotnie, ogromną większość centralnej bazy danych, mieszczącej pakiety informacyjne będące jądrem wiedzy naszej cywilizacji, zmroziła serca i umysły. Kapitan wyjaśniał, iż obecne odcięcie społeczności od bazy nie tyle było spowodowane względami bezpieczeństwa bazy, jak było dotychczas podawane, ale bezpieczeństwa społeczności i miało na celu zapobieżenie prawdopodobnemu wybuchowi paniki, gdy ciągle było możliwe, że dostaniemy pomoc z zewnątrz. Do dziś nie wiadomo czy było tak jak mówił Kapitan i podczas walk zadziałały automatyczne procedury przygotowane na wypadek zagrożenia przejęcia okrętu, a mające na celu niedopuszczenie do przedostania się tajnych danych w niepowołane ręce, czy też ktoś na mostku spanikował i je aktywował, choć pewne jest że zrobiono dużo aby zatrzymać wyczyszczenie bazy do zera - dziwne jest tylko że same procedury zniknęły przed usunięciem całej bazy, ale to może być skutek gorączkowych prób ich zatrzymania. Od ludzi niestety wiele się nie dowiedziano - na załodze mostka dokonano po wylądowaniu równie zagadkowego błyskawicznego samosądu. Z pewnością miała na to wpływ decyzja Kapitana o wdrożeniu procedury awaryjnego lądowania, włącznie z wyborem miejsca lądowania, której, wobec sporów co do niego na granicy ponownego wybuchu walk, awaryjnie dokonał za nas w miejscu ubogim w surowce, ale za to także o jak najmniejszej koncentracji metali ciężkich, miejscu, które wydawało mu się dla nas najbezpieczniejsze. Miejsce Lądowania, około 500 kilometrów od centrum anomalii energetycznej, która jest jednocześnie centrum obszaru z mniejszą zawartością metali ciężkich w glebie - nie odważył się lądować bliżej z uwagi na zagadkowy efekt niszczenia ziemskich urządzeń technicznych, a i tak coś poszło nie tak i nasze lądowanie było dość twarde. Dopiero po całej wieczności, z punktu widzenia kolonistów walczących o przetrwanie, okazało się jak bardzo decyzja Kapitana była trafna. Trochę bliżej do centrum i pewnie lądowania nikt by nie przeżył, trochę dalej, i być może nikt nie odkryłby Kompleksu zanim Avalon stopniowo zabiłby nas wszystkich.

Okolice Landing, nawet teraz, wydają się na pierwszy rzut oka rajem - bogata roślinność, obfitość zwierzyny, umiarkowany klimat, no i było akurat piękne lato. Nic dziwnego, że część ludzi dała się zwieść pozorom i mimo nawoływań o opamiętanie zdecydowali się żyć tak, jak żyliby na dziewiczej Ziemi. Ci poumierali pierwsi - już po kilku miesiącach zatrucie metalami ciężkimi zaczęło u nich osiągać poziom śmiertelny, choć chorowali już wcześniej. Na szczęście była to stosunkowo nieliczna grupa. Większość jednak rozumiała zagrożenie i rozproszyła się w skupiskach mozolnie budujących niezbędną infrastrukturę techniczną, do której przy naszej bardzo ograniczonej wiedzy i zasobach materialnych statku kolonizacyjnego byliśmy zdolni. Te zasoby były ogromne, a jednak mieć je i umieć je wykorzystać to dwie różne rzeczy. Specjalizowane automaty, takie jak na przykład te, które miały nam pomóc przy ewentualnym odtwarzaniu ziemskich gatunków oczywiście działały, jednak brak nam było specjalistów mających kierować całym procesem, decydować co, kiedy i w jakiej ilości, aby jak najmniej szkodzić miejscowym ekosystemom, no i akurat w tym przypadku sens takiej działalności byłby niewielki - ziemskie gatunki miały zwykle ten sam problem co my. Ale tak było ze wszystkim - tacy specjaliści zdążyli być przetransferowani do innych modułów. W dodatku ogromna większość naszych maszyn to były, dla oszczędności miejsca, dość uniwersalne urządzenia do wytwarzania innych maszyn już po wylądowaniu, ale nie mogły działać poprawnie bez zasobów bazy danych. Robiliśmy co mogliśmy, mieliśmy bardzo zdolnych rzemieślników, żywność uzyskiwaliśmy głównie dzięki hydroponice, ale walkę z Avalonem ciągle przegrywaliśmy, mimo zbudowania kopuł, mimo prób dekontaminacji gleby pod nimi, mimo odtworzenia zwierząt domowych w bardzo ograniczonej skali ilościowej, mimo wielu innych środków, półśrodków i ćwierćśrodków, które zaowocowały imponującymi osiągnięciami w postaci uformowania Enklaw, współczynnik zgonów był ciągle wyższy niż urodzeń - skutek stałej kumulacji metali ciężkich w naszych organizmach ze wszystkimi tego konsekwencjami: zbyt dużo wypadków, poronień, martwych urodzeń, zbyt duża śmiertelność dzieci. Sprawę oczywiście pogarszały też sporadyczne krwawe walki pomiędzy Enklawami - broń z Ziemi wkrótce stała się bezużyteczna na skutek braku amunicji, której nie potrafiliśmy wytworzyć zupełnie lub w wystarczających ilościach, ale to nie stanowiło przeszkody: muszkiet czy broń biała też może być całkiem wydajnym środkiem zagłady. Duża ilość awanturników pośród nas zdecydowanie sprzyjała gwałtownym rozwiązaniom. Coraz wyraźniej było jednak widać że, o ile z bliźnimi możemy sobie poradzić, to nie mamy jednak szans w starciu z Avalonem - mamy zbyt mało czasu na wytworzenie wystarczającej infrastruktury aby powstrzymać w nas kumulację metali ciężkich.

[Edited by PAwleus on Mar 06, 2011 at 19:38]

Mar 06, 2011 at 18:26

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
IV. MAJA [post #5]

Mniej obeznani z Was mogą zapytać: A co piszący te słowa robił w tych ciekawych czasach? Odpowiedź może być szokująca: był najszczęśliwszym z ludzi, a przynajmniej uważał się za takiego. Jest to niezbyt znany fakt z mojej biografii, gdyż mimo, a może właśnie dlatego, że był on najszczęśliwszym okresem mego życia, powracam do niego niechętnie, z ogromnym bólem zrodzonym przez żal i tęsknotę, pojawiające się zawsze gdy go wspominam. A jednak, mimo upływu dziesiątków lat, wyraźnie widzę jej bladą, uśmiechniętą twarz, choć ściskanie w gardle jest nieznośne, taką jaką ją zapamiętałem podczas ostatniego pożegnania i jej wydatnie kuszące, wtedy spierzchnięte, wargi układające się w ostatnie słowa: "Pamiętaj, ja nie jestem celem twego życia... więc żyj i pozwól żyć innym".

Wybaczcie starcowi, że opowie ten element historii poraz pierwszy, i ostatni.

Poznałem May jeszcze na statku i to w początkowym okresie podróży. Spotkaliśmy się na jednym z treningów Muay Jiu-Jitsu, gdzie wzbudziła moje zainteresowanie doświadczonego zawodnika obecność kobiety - rzadka sprawa w tym dość brutalnym stylu. W dodatku, gdy podszedłem by ją poinformować, że zbytnie koncentrowanie się na technikach defensywnych, szczególnie pod postacią chwytów, jest błędem, okazało się, że jest obdarzona olśniewającym uśmiechem. Próba wykazania jej błędów w praktyce omal nie skończyła się dla mnie kompletnym blamażem - byłem uważany za zawodnika, którego atutem jest szybkość, ale ona była po prostu wcieleniem błyskawicy. Sprawę pogarszało moje totalne zaskoczenie, kiedy efektywność jej technik unaoczniła mi, że nie jest wcale tak początkującą jak mi się wydawało - gdyby nie moje doświadczenie i przewaga siły, co było decydujące dla przełamania jej chwytów gdy narzuciła mi walkę w parterze, byłbym pewnie źródłem porozumiewawczych uśmieszków wśród znajomych co najmniej przez kilka dni. Co za niesamowity talent! Gdy umówiłem się z nią po treningu, aby omówić dokładniej dlaczego uważam, że jej przegrana wynikła tylko i wyłącznie z nieodpowiedniego rozłożenia akcentów pośród zastosowanymi technikami, poinformowała mnie z tym swoim obezwładniającym uśmiechem, że dla niej efektywność nigdy nie będzie pierwszoplanowa, gdyż znacznie ważniejsze są dla niej ograniczenia filozoficzne. Wtedy wiele z niej nie wyciągnąłem, ale z czasem, gdy nasza znajomość przerodziła się w znacznie bardziej gorące uczucie, dowiedziałem się, że jest Prometejanką. Początkowo nic mi to nie mówiło - nigdy nie słyszałem o takim prądzie filozoficznym, a jak dla niej także religijnym. Co więcej, z czasem przyznała się także, że wśród Prometejan istnieje głęboko zakonspirowana struktura, której była częścią, aż do chwili kompletnej porażki, jaką była próba zwerbowania mnie do niej. Tu jej mocodawcy chyba rzeczywiście nie docenili skali indywidualizmu mojego charakteru - przecież ja nawet nigdy nie byłem członkiem żadnej organizacji, a obywatelem UEiR byłem tylko z urodzenia a nie z przekonania! Dla niej, z uwagi na niespodziewanie rozkwitłe uczucie do mnie, była to droga bez powrotu, ale i tak dowiedziałem się od niej na ten temat tylko tyle ile miała mi wyjawić podczas werbunku: organizacja mająca na celu dać ludzkości nową szansę, nowy początek, który nareszcie pozwoliłby być jednostkom skrępowanymi tylko wolnością innych, i prawami fizyki. To było właśnie podstawą prometejańskiego systemu filozoficznego: wolność jako najważniejszy z darów jakie otrzymuje samoświadoma istota w chwili narodzin. Muszę powiedzieć, że przemawiało to do mnie bardzo silnie, w końcu było podstawą moich działań w życiu, ale zbyt dużo liznąłem historii, aby nie wiedzieć, w co przeradzają się takie zakonspirowane inicjatywy, nawet o najszczytniejszych celach. Na ile wcześniejsze i późniejsze wydarzenia noszą piętno tej organizacji wiedzą prawdopodobnie tylko oni sami. Ja podejrzewam, że ich wpływ na nie był ogromny, i to nie tylko wtedy, gdy część z nich wystąpiła jawnie tworząc Enklawę Prometeusza, ale przede wszystkim wtedy gdy działali niejawnie. Na przykład, nie sądzę aby był przypadkiem wysoki odsetek osób o skłonnościach awanturniczych na naszym statku, osób bez jakichś szczególnych umiejętności wymaganych programem misji. W szczególności w moim przypadku, choć nie będę opisywał szczegółów, zawsze wydawało mi się że dostałem się na pokład zbyt łatwo - tak łatwo, że początkowo wietrzyłem w tym nawet pułapkę, co okazało się prawdą, choć w zupełnie innym znaczeniu niż przeczuwałem.

Powracając do przełomowych wydarzeń z końca podróży - byliśmy zbyt zajęci z Mają, jak zwykłem ją nazywać, odkrywaniem sekretów naszych ciał, aby w nich uczestniczyć. Była specjalistką od hydroponiki i opóźniła swój transfer ze względu na mnie. Tak przynajmniej wtedy sądziłem, jednak z perspektywy czasu narzuca mi się podejrzenie, że niemal wszyscy specjaliści którzy pozostali, aż do wybuchu walk i rozdzielenia modułów, byli jakoś powiązani z Prometejanami. Pewnie pomyślicie, że jestem uprzedzony, ale gdy popatrzy się na naszą historię pod tym kątem to wniosek taki sam się narzuca. Nie jest to zbyt miłe dla mnie, gdyż ja wtedy wydaję się ich nieświadomą niczego marionetką, albo wspólnikiem. W tym sensie Maja odniosła jednak sukces jako ich agentka i, w chwilach zwątpienia, wielokrotnie zastanawiałem się czy powiedziała mi prawdę. Wtedy jednak kochałem ją zbyt bardzo aby dostrzec takie niuanse, nawet gdy, już po walkach, przyniosła nam dwie strzelby wraz z zapasem amunicji, twierdząc że otrzymała od znajomych i rzuciła mi jedną krzycząc z radością uśmiechnięta od ucha do ucha: "Na grubego zwierza!". Nie przeczuwałem wtedy jak bardzo miały się przydać i jednocześnie jak bardzo nie wystarczą. Po wylądowaniu na pokładzie początkowo zapanował chaos, szczególnie gdy rozeszła się wieść o śmierci załogi mostka - cała obsada była obecna w czasie lądowania. Kapitan, ze względu na zdolności przywódcze, miał według planu misji uczestniczyć w tworzeniu cywilnego zarządu kolonii. Teraz, każdy kto próbował zapanować nad wydarzeniami był z miejsca oskarżany o udział w spisku na jego życie w celu zdobycia władzy. Gdy jeszcze rozległo się kilka wybuchów i system głównego zasilania odmówił współpracy, najwyraźniej mocno przeciążony, i prawdopodobnie uszkodzony, podczas lądowania, nikt nie musiał być namawiany do opuszczenia statku. Koloniści podzielili się na grupki, trzymające się razem zwykle dzięki bezpośredniej znajomości i rozpoczął się generalny rozładunek. Byłby on niemożliwy bez stosowania się do procedur przewidzianych na taką okazję i dopiero wtedy sytuacja nieco się uspokoiła. My z Mają przystaliśmy do jej znajomych z kręgu Prometejan. Okazało się, że mają już zorganizowaną całkiem sprawną grupę paramilitarną, więc moje przeszkolenie wojskowe i doświadczenia myśliwego nie zdały się na wiele. Gdy ona była zajęta rozładunkiem sprzętu, a nawet zupełnie podstawowy trwał wiele dni, ja wyruszałem na rekonesans okolicy. Zabiłem wtedy pierwszego szarżującego kowaka. Jak pewnie wiecie, planeta ma całkiem sporo dużych drapieżników, ale one zwykle nie rozpoznają w nas ofiar. To właśnie roślinożerny kowak jest najniebezpieczniejszy dla ludzi na Avalonie. Z daleka wydaje się podobny do krowy i niezdarny, ale gdy tylko zobaczy człowieka, z jakiegoś powodu zapala mu się lampka oznaczająca intruza i okazuje się że potrafi poruszać się z szybkością i gracją pantery - nie bez powodu Corrida z ich udziałem w Enklawie Esperanza zbiera śmiertelne żniwo wśród torreadorów i wymaga od nich prawdziwego mistrzostwa. Zanim nauczyliśmy się ich unikać zginęło wielu tak wtedy wartościowych ludzi...

[Edited by PAwleus on Mar 06, 2011 at 19:44]

Mar 06, 2011 at 18:28

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
V. POCZĄTKI I KOŃCE [post #6]

Nie będę może zagłębiał się w zbytnie szczegóły. Dość powiedzieć, że mimo konfliktów o sprzęt i zasoby z innymi grupami, Prometejanie rozpoczęli budowę swojej Enklawy i szło im to najsprawniej z uwagi na to iż większość z wysoko kwalifikowanych specjalistów jakich kolonia jeszcze miała przyłączyła się właśnie do nich. Inni też jednak mieli swoje atuty, więc handel kwitł. Maja zajęła się hydroponiką i zespół pod jej przewodnictwem miał olbrzymie osiągnięcia. Ja zaś, żeby okazać się w czymś przydatnym, odkryłem w sobie talent zwiadowcy-tropiciela. W tej też roli byłem wynajmowany przez kompanie najemników używane do ochrony karawan. Oznaczało to czasem dość długie rozstania, ale po powrocie wynagradzaliśmy to sobie z nawiązką tym intensywniejszymi zbliżeniami i mimo iż śmierć królowała wokół nas, my opieraliśmy się jej dzielnie, chcąc żyć tak bardzo... Nic jednak nie trwa wiecznie.

Upłynęło 7 lat, lat tak długich dla innych, dla nas jednak zdecydowanie zbyt krótkich. Stało się już pewnikiem, że o ile nie stanie się jakiś cud, niespodziewany przełom w badaniach, ratunek z zewnątrz, lub cokolwiek co mogłoby odmienić nasz los, wszyscy wymrzemy przed upływem 2-3 lat. Większość już chorowała, w niektórych Enklawach niemal wszyscy, dla mnie i Mai jednak pojawiła się iskierka nadziei - po tylu latach starań Maja wreszcie zaszła w ciążę. Poczytywaliśmy to sobie za dobry znak dla wszystkich. Byliśmy akurat w Enklawie Victorii, z którą Prometejanie ściśle współpracowali - ona jako konsultantka od hydroponiki, ja jako część kompanii najemników chroniącej jej konwój. Gdy nadszedł czas powrotu ciąża była jeszcze dość wczesna, więc Maja zdecydowała się wracać - Prometejanie mieli lepszą opiekę medyczną. W trakcie powrotu ujawniły się jednak jakieś niekorzystne efekty i tak bardzo osłabła, że nie mogła poruszać się o własnych siłach. Byliśmy już blisko, kiedy poczuła się znacznie lepiej. Uwielbiała otwartą przestrzeń i tym razem też zapragnęła upoić się jej widokiem, poczuć wiatr na twarzy, wciągnąć w nozdrza niemal odurzający zapach przyrody Avalonu. Na moje już standardowe napomnienia, że to dodatkowo przyczynia się do akumulacji metali ciężkich w jej organizmie, uśmiechnęła się promiennie, przeciągnęła rozkosznie i odpowiedziała to co zwykle w takich wypadkach: "Ja tylko oddycham...". Nie dodała już zbyt znanego: "...w przeciwieństwie do pewnych osobników lubiących taplać się w błocie.", co było aluzją do tego w jakim stanie wracałem z moich wypraw. Jakże mogłem jej odmówić? Podczas jednego z popasów niemal wniosłem ją na niewielkie wzgórze i oddaliśmy się kontemplacji widoku - piękno krajobrazu zapierało dech w piersiach. W pewnym momencie zostałem wywołany z obozu. Zapewniła mnie że może chwilę zostać sama i potrząsnęła, dla dodania słowom wagi, strzelbą, tą samą którą przyniosła jeszcze na statku. Ja miałem ciągle swoją - były na tyle prymitywne, że potrafiliśmy już wytworzyć pewną ilość amunicji do nich. Nie zdążyłem zejść nawet do połowy wzgórza, kiedy usłyszałem trzask łamanych gałęzi, ostrzegawczy krzyk Mai i huk jej wystrzału. Odwróciłem się najszybciej jak mogłem z bronią gotową do strzału i ujrzałem ją klęczącą na jednym kolanie, próbującą przeładować. Nie trafiła - chyba dało o sobie znać osłabienie, gdyż była lepszym strzelcem ode mnie. Tym samym spojrzeniem dostrzegłem szarżującego kowaka i wystrzeliłem niemal nie mierząc. Było już jednak za późno - jak się potem okazało, strzał był perfekcyjny, prosto w oko, ale mimo natychmiastowego zesztywnienia, pęd jego masy zdołał wgnieść Maję w ziemię. Mimo swojej zwykle rewelacyjnej szybkości tym razem nie zdążyła wykonać uniku. Gdy podbiegłem, jedyne co mogłem zrobić to potrzymać ją za rękę, aby dodać otuchy w chwili śmierci i, wysłuchawszy jej ostatnich słów, wziąć ją w ramiona składając pożegnalny pocałunek na ustach - umarła szybko, a uśmiech jej zdawał się aż boleśnie filuterny, gdy odchodziła bez jednej skargi, zabierając ze sobą nasze nienarodzone dziecko.

Mar 06, 2011 at 18:30

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
VI. WYPRAWA [post #7]

Jej ostatnie słowa... Zapamiętałem je na zawsze, ale nie posłuchałem ich wtedy - chciałem umrzeć. Sytuacja kolonii i tak wyglądała na beznadziejną, więc po co odwlekać nieuniknione? A jednak nie potrafiłem umrzeć tak po prostu. Wciąż kołatały mi po głowie pytania Mai o cel mojego życia. W przebłysku jasności umysłu dojrzałem, że takim celem mogę uczynić dotychczas nieosiągalne - odkrycie źródła już legendarnej anomalii energetycznej. Nikt kto wyruszył w tym celu nie powrócił, a więc nawet porażka będzie zwycięstwem - umrę. Jak zapewne wiecie, lub już się domyślacie, los spłatał mi kolejnego figla i to ja byłem tym pierwszym, który wrócił, choć odmieniony na całe życie, a jej ostatnie słowa okazały się prorocze.

Co sprawia że funkcje falowe redukują się tak a nie inaczej, że wydarzenia przybierają taki a nie inny obrót - czy los jest rzeczywiście ślepy? Czy istnieją rzeczywistości w których Maja nie musiała zginąć abyśmy mogli żyć? Ach, oddałbym wszystko za taką możliwość...

Gdy wytrzeźwiałem wystarczająco aby móc skutecznie działać, moim pierwszym krokiem było rozgłoszenie najszerzej jak się dało mojego zamiaru, z przewidywanym terminem rozpoczęcia wyprawy i oczekiwaniami odnośnie ewentualnych jej innych członków. Następnie zająłem się porządkowaniem własnych spraw - sprzedałem wszystko co miałem, zakupując niezbędne moim zdaniem zaopatrzenie, mające wystarczyć mi na kilka tygodni pieszej wędrówki. Nie było tego dużo: liofilizowany prowiant, urządzenie do uzdatniania wody i żyroskop, który stanowił ogromną większość kosztów ze względu na pochodzenie jeszcze z Ziemi - spodziewałem się że jednym z problemów poprzednich wypraw mogła być trudność w ustaleniu kierunku, w sytuacji gdyby anomalia miała także okazać się magnetyczną i gdy obserwowaliśmy z orbity stałą pokrywę chmur nad jej centrum. Moje zamiary nie znalazły wielkiego zrozumienia i zwykłą reakcją było albo pukanie się w czoło, albo wyrazy współczucia od tych co wiedzieli o mojej stracie. A jednak zanim wyprawa wyruszyła zebrało się nas z różnych Enklaw dziewięciu - dziewięciu pragnących swoją śmiercią oddać hołd ludzkiej woli eksploracji, umrzeć, albo raczej podjąć ryzyko śmierci graniczące z jej pewnością, w imię szansy na znalezienie czegoś niespotykanego, w imię szansy na poszerzenie naszej wiedzy, nawet mimo tego iż miałaby ona służyć nam już niedługo.

Jak już wiecie wysiłek ten został wynagrodzony, ale koszt był znaczny. Wydawałoby się, cóż to jest te 500 km? - dystans do pokonania spacerkiem w 2 tygodnie, tym bardziej że przez ostatnie lata wszyscy wychodzący poza Enklawy zaadaptowali się już do długich marszów. Gdyby to było jednak takie proste anomalia byłaby już dawno zbadana. Gdy minęło 2 tygodnie wędrówki w coraz bardziej niesprzyjających warunkach ciągle jeszcze nie osiągnęliśmy stałej pokrywy chmur, choć od dawna widzieliśmy ją majaczącą złowieszczym granatem na horyzoncie, a nasza wyprawa liczyła już tylko czterech członków - ponad połowa została za nami w bezimiennych mogiłach. Avalon, choć przepiękny, okazał się bezlitosny i odbierał nam towarzyszy jednego po drugim: a to podczas przeprawy przez jedną z licznie przegradzających nam drogę rzek, a to jako ofiarę tutejszej fauny, a to przez jeden nieostrożny krok i skończenie na dnie zdradliwego wykrotu z przebitym płucem. Byliśmy wszyscy przygotowani na śmierć. Aby się nie obciążać nadmiernie nie zabraliśmy nawet żadnego z modnych, drogich, choć niewiele wartych, systemów chroniących w mniejszym lub większym stopniu przed wpływami środowiska - spodziewaliśmy się więc, że nawet jeśli powrócimy w glorii chwały, to nie pożyjemy długo z powodu zakumulowanych metali ciężkich. A jednak tak szybki ubytek ludzi, z którymi zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić, nie wpływał dobrze na nasze morale. W dodatku zauważalnie podpadliśmy na zdrowiu. Mimo tego, mimo że zaczynało się nam wydawać iż roślinność celowo czepia się nas swoimi powykręcanymi w osobliwy sposób palcami i próbując zatrzymać, szeptem omawia plany naszej zagłady, mimo że wąwozy okazywały się często wieść nas w miejsca nie do przejścia, parliśmy wytrwale naprzód. Moje doświadczenie i instynkty zwiadowcy okazały się bezcenne, szczególnie gdy podbudowani tygodniem bez ofiar, dwudziestego dnia naszej wędrówki zauważyliśmy że poranna mgła nie ma zamiaru ustąpić, a mój tak drogi żyroskop nie chce działać - kompas był bezużyteczny od dawna. Z jednej strony pokrywa roślinna zrzedła radykalnie i przybrała nad wyraz osobliwe, gumowate w dotyku formy, co bardzo ułatwiało nasze poruszanie się, z drugiej - wieczna szarość, wilgoć i pogłębiający się spadek widoczności ogromnie to utrudniało. W dodatku zjawiska pogodowe nabrały ogromnej gwałtowności. Przez ulewy, porywiste wiatry lub burze bywały dni że nie udało nam się zupełnie ruszyć się z miejsca. Piętrzące się problemy, narastająca ciemność, upewniały nas że idziemy we właściwym kierunku i moje przewodnictwo jest właściwe, choć nie pomagało nam to iż nasze systemy nerwowe zaczynały odmawiać posłuszeństwa - halucynacja stała się naszą nieodłączną towarzyszką. Przyzwyczailiśmy się już że widzimy rzeczy niedostrzegalne dla innych. W moim przypadku Maja, pojawiająca się w moich snach już od dawna, zaczęła prowadzić mnie wskazując drogę także na jawie. Trzeba jej przyznać, prowadziła świetnie - zaczęliśmy po prostu połykać teren. Któregoś dnia, już dawno straciłem ich rachubę, tym bardziej że dzień zaczął różnić się niewiele od nocy - podobny półmrok, gęsta mgła, rozświetlana od czasu do czasu zimnym światłem niewiadomego dla nas pochodzenia - umarł Archie. W trakcie popasu zasnął, by się już nigdy nie obudzić. Pochowałem go, a przynajmniej wydaje mi się że tak było - pozostali dwaj rozmawiali z nim dalej, jakby ciągle żył i maszerował z nami, jak zawsze na końcu kolumny.

Pewnego dnia dotarliśmy, choć poruszaliśmy się już ostatkiem sił, podtrzymując się wzajemnie w chwilach dla któregoś nas gorszych, żywiąc się już od jakiegoś czasu miejscowymi znaleziskami wskazanymi przez Maję. Mgła zrzedła, zrobiło się jaśniej - początkowo myślałem że jednak zbłądziliśmy, ale Maja powiedziała po prostu: "To już tutaj", uśmiechając się w sposób który nadawał sens dalszym staraniom. I rzeczywiście, ujrzeliśmy dziwaczne kształty wyłaniające się z mgły, podświetlone miejscami zielonkawym światłem. Dla mnie oznaczało to jedno: nareszcie mogę w spokoju nacieszyć się Mają. Moi towarzysze byli jednak chyba już znudzeni moim przewodnictwem - zakrzyknąwszy z radością jakby co najmniej zobaczyli na pustyni oazę, co wywołało nagły przypływ sił witalnych, rozdzielili nasze uprzęże i pobiegli z entuzjazmem w kierunku obiektów za nic mając moje nawoływania o opamiętanie. Co dziwne, przez chwilę wydawało mi się, że czmychnął za nimi także Archie. Nigdy ich już więcej nie widziałem, nawet w snach, jakby Kompleks pochłonął ich bez reszty.

Gdy ich radosne okrzyki nikły w oddali, powtarzane przytłumionym echem, Maja pogłaskała mnie po twarzy, wzięła za rękę i poprowadziła znowu. Gdyby nie ona pewnie usiadłbym z rezygnacją i po prostu cieszył oczy jej widokiem - nowe widma za którymi podążyli współtowarzysze zupełnie nie wydawały mi się atrakcyjne. Wręcz przeciwnie, wzbudzały lęk, potęgowany przez moje instynkty krzyczące o niebezpieczeństwie. Oczywiście poszedłem za nią z ufnością. Lęk tchnął we mnie nowe siły, więc szliśmy pewnie. Prowadziła bez wahania, jakby znała to miejsce od zawsze.

Do dziś nie wiem co było wytworem umysłu toczonego chorobą, co powodował Kompleks, a co rzeczywiście widziałem. Dość powiedzieć że ciągle śni mi się to w najgorszych koszmarach, już bez obecności tej uspokajającej postaci, którą brałem za nią, a która po czasie wydającym się nieskończonością, pośród tworów, których kształt i faktura wydawały się zaprzeczać znanej mi fizyce, po prostu odwrócił się, uśmiechnął przepraszająco i z potwornym bólem w mojej piersi zniknął, pozostawiając pustkę gasnącej świadomości. Mimo bólu, mimo poczucia straty kiedy w nagłym przebłysku zrozumienia dotarło do mnie że była złudzeniem, pamiętam odczuwaną radość, że oto, być może, będę nareszcie miał szansę do niej dołączyć, że przecież śmierć musi nas połączyć.

Mar 06, 2011 at 18:32

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
VII. POWRÓT [post #8]

A jednak to jeszcze nie był mój czas. Następne co moja świadomość była w stanie zarejestrować, kiedy na powrót przebudziła się w moim ciele, było zdumienie. Zdumienie nie tylko faktem, że nadal wydaję się żyć i pracowicie przedzieram się przez chaszcze, ale też tym, że czuję się pełen sił i nie odczuwam żadnych oznak choroby, a ciepło rozgrzanych od wysiłku mięśni przyjemnie rozchodzi się po całym organizmie. Nagły lęk o własną poczytalność był tak duży, że wypuściłem maczetę - jak się po oględzinach okazało, jedyny przedmiot jaki posiadam. Nie miałem nawet strzępu ubrania...

Po chwili przyszła refleksja, że skoro lękam się o własne zdrowie umysłowe, skoro zauważam absurdalność sytuacji, to jeszcze z moim umysłem nie jest tak źle, więc czemu nie wziąć znakomitego samopoczucia za dobrą monetę, kiedy nic nie wydaje się temu zaprzeczać? Wędrować zupełnie nago było mi trochę niezręcznie, a pogoda wydawała się letnia, więc zrobiłem sobie skąpe okrycie z liści i rozejrzałem po okolicy - wobec zupełnie niespodziewanych faktów należało się zastanowić nad dalszym postępowaniem. Jako że moje potrzeby fizjologiczne wydawały się zaspokojone, pierwszym problemem do rozwiązania było ustalenie gdzie ja w ogóle jestem. Flora i fauna wyglądały na znakomicie mi znane z Avalonu i to z okolic, które zasiedliliśmy, a jednak mój stan wydawał się temu zaprzeczać: jak mogłem wędrować, żywiąc się najwyraźniej miejscowymi znaleziskami, przez nie wiadomo jak długi okres i nie ulec zatruciu? Czyżby ten kto mnie uleczył, a, o ile pamięć nie płatała mi figli, ktoś musiał, uodpornił mnie także aż tak na wpływy środowiska?

Moje krótkie deliberacje zakończyły się konkluzją, że potrzebuję więcej informacji, a nijak ich nie zdobędę bez podjęcia wędrówki. Rzednący las sam wskazywał kierunek marszu i zanim się obejrzałem wyszedłem na szlak, w którym, po krótkim podążaniu nim, rozpoznałem drogę wiodącą wprost do Enklawy Prometeusza. Niepokój wzbudzał jedynie fakt, że według moich szacunków byłem nie dalej od niej jak kilka godzin spokojnego marszu, a ciągle nie spotkałem żywej duszy. Byłby to doprawdy dziwaczny figiel losu gdybym cudownie ocalony wrócił nie zastając już nikogo żywego, komu mógłbym przekazać wieść że nadzieja na przeżycie jest realna. Uspokojony myślą, że przecież szlak nie zdążył zarosnąć, przyspieszyłem jednak kroku.

Głód zaczynał mi już mocno doskwierać, kiedy dotarłem na miejsce. Zostałem przyjęty z ogromną nieufnością. Okazało się że nie było mnie niemal rok, wróciłem zarośnięty, w zasadzie nagi, ale w kwitnącym zdrowiu - każdy byłby nie tylko nieufny, ale też spoglądał z zawiścią w sytuacji, gdy Enklawa, przepełniona uchodźcami z okolicznych osiedli, była na granicy załamania z powodu chorób wywołanych pogłębiającym się zatruciem mieszkańców. Wcześniej o tym nie pomyślałem, ale całkiem możliwe że w innych okolicznościach, nawet mimo tego że miałem tam wielu znajomych w kręgach władzy, z których kilku mógłbym spokojnie nazwać przyjaciółmi, byłbym poddany izolacji, obserwacji i kto wie czemu jeszcze. Wykpiłem się jednak tylko wzbudzającą entuzjazm opowieścią, obietnicą pokierowania następną wyprawą do Kompleksu w celu wydarcia jego tajemnic i poddaniem się cichej obserwacji i rutynowym badaniom do tego czasu.

Do tej wyprawy nigdy jednak nie doszło i resztę zapewne znacie z oficjalnej historii powstania Konfederacji Prometejańskiej.

Mar 06, 2011 at 18:33

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
VIII. JAK FENIKS Z POPIOŁÓW... [post #9]

A może jednak nie znacie? Któż wie kto i kiedy będzie odbiorcą tego przekazu? Zaczęło się bardzo stereotypowo: od rąk, które leczą.

Mimo straty, którą wciąż boleśnie odczuwałem, przepełniająca mnie energia popychała mnie ku bliskiemu kontaktowi fizycznemu z ludźmi. Ucieszyłem się więc, gdy w okresie przygotowań do nowej wyprawy, zapewne dla łatwiejszej obserwacji, zaproponowano mi pomoc przy opiece nad chorymi. Każda dodatkowa para rąk liczyła się tutaj, nawet tak niedoświadczona jak moja - w zasadzie w Enklawie nie było już zdrowych i po prostu ciężej chorymi zajmowali się ci we wcześniejszych stadiach zatrucia, którzy nie byli potrzebni do zapewnienia funkcjonowania jej na przynajmniej minimalnym poziomie. Moja obecność była zatem przyjmowana z wdzięcznością, tym bardziej że powszechnie stałem się symbolem nadziei. Tym też początkowo wyjaśnialiśmy sobie poprawę stanu zdrowia otoczenia - wiara i nadzieja potrafi przecież zdziałać w tym zakresie cuda. Wkrótce jednak stało się jasne, że takie wytłumaczenie jednak nie wystarczy, gdy coraz więcej osób stykających się ze mną bezpośrednio, nie tylko zaczynało czuć się lepiej, ale wręcz znikały u nich niemal wszystkie objawy choroby - z biegiem czasu okazało się że pozostawały tylko na trwałe: osłabienie fizyczne a także skłonności do popadania w panikę i do zachowań depresyjnych w warunkach stresu. Badania wykazywały podobne zjawisko jak w moim wypadku - jakimś sposobem organizm nabywał zdolności radzenia sobie z nadmiarem metali ciężkich, zagospodarowując je na nowe sposoby lub wydajniej usuwając. Dopiero badania z użyciem najbardziej precyzyjnego dostępnego sprzętu wykazały że źródłem nowych cech są nanoboty. Poznanie ich podstawowych właściwości zajęło dziesięciolecia, ale do dzisiaj nikt nie potrafi zmusić ich do określonego działania, gdyż ich reakcje na bodźce są w znacznym stopniu nieprzewidywalne, poza jedną stałą ale tylko w początkowym okresie: w reakcji na bezpośredni dotyk człowieka przez człowieka część z nich przemieszcza się z jednego organizmu do drugiego. Żaden inny sposób na ich przeniesienie nie działa.

Tak oto zacząłem masowo uzdrawiać. Już uleczeni przeze mnie mogli robić to samo, ale z jakiegoś powodu ich wyniki były znacznie słabsze. A jednak wkrótce fala uzdrowień objęła całą Enklawę i wylała się poza nią. Byłem zapraszany do zaprzyjaźnionych Enklaw, i nie tylko. Wtedy właśnie, dla ochrony, zacząłem formować własną grupę najemników - próby porwania zdarzyły się już kilkakrotnie. Za motto posłużyły Jej słowa: "Żyj, i pozwól żyć innym", za proporzec - odradzający się feniks, a za nazwę - wspomnienie z młodzieńczej lektury: Dorsaj. Z czasem, rzeczywiście zaczęliśmy czuć się nimi, Dorsajami, a gdy moje możliwości uzdrawiania wyczerpały się - wszyscy już nabyli odporność - wyspecjalizowaliśmy się w osiąganiu celów przy minimalnych stratach ludzkich wszystkich stron konfliktów. Naszym głównym, a z mijającymi latami jedynym, pracodawcą zostali, z uwagi na ich coraz większą dominację ekonomiczną i cele do jakich nas używali, Prometejanie.

Dynamizm, jaki ogarnął społeczności po tym powrocie znad krawędzi zagłady, przekraczał najśmielsze przewidywania. Rozrodczość osiągnęła nie notowany nigdy wcześniej pułap, i tylko ja okazałem się tutaj wyjątkiem. Tak, zapewne zastanawialiście się, jak to się stało że nie doczekałem się nigdy potomstwa, gdy śmiech i krzyki dzieci stały się dominującym tłem dźwiękowym w otoczeniu. Niewielu wie, że ukochana ciągle żyje we mnie, ale jeszcze mniej liczni wiedzą, że dar, który nabyłem podczas wyprawy do Kompleksu miał swoją cenę. Czy spowodowały to uszkodzenia jakich mój organizm doznał, czy też jako efekt uboczny działań nanobotów, stałem się bezpłodny. Odnalazłem jednak wreszcie ojcostwo - moimi dziećmi stali się moi poddani a moim powołaniem zapewnienie im możliwości rozwoju dzięki dopilnowaniu ich wolności. Ale może nie uprzedzajmy faktów.

[Edited by PAwleus on Mar 06, 2011 at 19:49]

Mar 06, 2011 at 18:35

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
IX. WOJNA [post #10]

Ekspedycje do Kompleksu zaczęły być na wyścigi realizowane przez wszystkie Enklawy jak tylko uświadomiono sobie że Avalon nie stoi już na drodze. Szybko okazało się że o ile Avalon został oswojony to z pewnością nie można tego powiedzieć o Kompleksie - z początkowych wypraw wracało nie więcej niż 10% stanu osobowego, a i obecnie nie zawsze uda się powrócić ponad 50% śmiałków. A jednak mimo tej ceny, wyprawy ciągle przyciągają ludzi jak magnes - jest to najszybszy legalny sposób zdobycia niezmiernych bogactw, a część z przywiezionych dóbr jest bezcenna: wiedza i artefakty. Nie minęło wiele czasu jak na powracających zaczęły zasadzać się bandy zwolenników jeszcze szybszego zarobku, a później i większe grupy finansowane przez konkurencyjne Enklawy. Był to początek wieloletnich zaciętych walk o kontrolę nad Kompleksem, które niemal od początku zaczęły być zwane Wojną o Złote Runo.

My, jako Dorsajowie, nie odgrywaliśmy początkowo w walkach żadnej znaczącej roli - było nas po prostu zbyt mało. Moja osobista sława sprzyjała jednak powiększaniu naszych szeregów i szybko zaczęto nas doceniać, także u przeciwników. Z czasem nasza reputacja osiągnęła fantastyczne rozmiary, nie zawsze zasłużenie, gdyż czasem wystarczył okrzyk: "Dorsaje idą!" aby wzbudzić popłoch w szeregach adwersarzy. Podejmowaliśmy tak nieprawdopodobne zadania i realizowaliśmy je w taki sposób, że wielu obwoływało nas szaleńcami, i tylko Prometejanie szybko zrozumieli jakie cele zdolni jesteśmy osiągać. Dzięki temu, i dzięki ich sile ekonomicznej, potrafili przebić każdą ofertę dla zawarcia kontraktu z nami i wykorzystać nasz potencjał odpowiednio. Zanim się obejrzałem, pracowaliśmy wyłącznie dla nich, i nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić czego innego, widząc jak przejmują wiele z naszych idei, jak świetnie się z nimi rozumiemy, jak ich religia znajduje pośród nas żarliwych wyznawców, jak tworzona przez nich koalicja Enklaw, którą nazwali Konfederacją Prometejańską, używa naszego motta jako pierwszych słów w Konstytucji i umieszcza feniksa w swoim godle... Chciałem niezależności, ale nie mogłem się zdobyć na odmowę współpracy z nimi, i z czasem, nie tylko zaczęliśmy być postrzegani jako emanacja Prometejan, ale faktycznie staliśmy się ich elitarną jednostką, a mi zaproponowano stanowisko głównodowodzącego wojsk Konfederacji. Któż może powiedzieć w takiej sytuacji na ile ja jestem tworem ich a na ile oni moim?

Powstanie Konfederacji radykalnie zmieniło balans sił i zanim zdołałem dokończyć reformy jej wojsk, hojnie wspierany przez Prometejan, stało się dla mnie jasne że dalsze walki nie mają sensu i wystarczy tylko przedstawić przeciwnikom honorowe warunki poddania, aby Wojna była szybko zakończona. Tak też się stało i choć wielu zastrzegło że poddają się mi osobiście, a nie organizacji, to zgodzili się na propozycję wstąpienia do Konfederacji na identycznych warunkach jak pozostali członkowie, czyli na zachowanie pełnej suwerenności na własnym terytorium z dwoma wyjątkami. Pierwszy mówił że każdy członek Enklawy ma prawo zerwać wszelkie zobowiązania wobec niej, w dowolnym momencie, aby wstąpić do Sił Ochrony Wolności lub aby udać się na wyprawę do Kompleksu. Drugi - od każdej nieruchomości musi być zapłacony podatek do skarbca Konfederacji w wysokości określonej na ogólnych zasadach, czyli wysokość podatku określa Sejm, a wartość nieruchomości rokrocznie dowolnie deklaruje właściciel, ale musi się liczyć z tym, że w ciągu roku ktokolwiek kto zaoferuje za nią 2x więcej staje się automatycznie właścicielem nieruchomości.

[Edited by PAwleus on Mar 06, 2011 at 19:56]

Mar 06, 2011 at 18:37

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
X. KONFEDERACJA [post #11]

Jako że przyjąłem iż przekaz ten może być odbierany przez nie obeznanych z tym czym jest Konfederacja, zatrzymam się w tym momencie na chwilę aby to wyjaśnić. Jest to republika szlachecka na czele której stoi Strażnik Wolności wybierany większością 2/3 głosów, dożywotnio, spośród swego grona przez Sejm Elekcyjny będący zgromadzeniem całej szlachty zwoływanej przez Marszałka Senatu w przypadku braku SW. Członkiem szlachty staje się każdy albo po powrocie z wyprawy do Kompleksu albo po ukończeniu pełnej, przynajmniej 5-letniej, służby w Siłach Ochrony Wolności, na które składa się nie tylko wojsko, ale wszystkie agencje rządowe, także zupełnie cywilne, z tym że przynajmniej 2 lata muszą być odbyte w formacjach bojowych i to państwo wybiera gdzie odbywa się służba. Aplikację do SOW może złożyć każdy i państwo jest zobowiązane go przyjąć, ale musi być uświadomiony o stopniu zagrożenia swojego zdrowia i życia - nawet w warunkach czysto szkoleniowych do 10% nie przeżywa 2 lat w formacjach bojowych. Bycie szlachcicem zobowiązuje: szlachta musi płacić podatek pogłówny ustalany rokrocznie przez SW i być rezerwą dla SOW. W zamian, szlachta posiada wyłączne czynne i bierne prawo wyborcze do Sejmu, na którym obowiązuje Liberum Veto i który może legalnie zdetronizować SW, a także posiada wyłączne prawo do bycia Sędziami albo Senatorami mianowanymi dożywotnio przez SW. Sejm jest Władzą Ustawodawczą ale Senat może każdą uchwałę Sejmu odrzucić zwykłą większością głosów, z wyjątkiem odrzucenia uchwały detronizacyjnej, do czego potrzebna jest jednomyślność i z wyjątkiem uchwały zmieniającej Konstytucję do odrzucenia której wystarczy sprzeciw 1 Senatora. Władzę Wykonawczą tworzy SW, w zależności od jego bieżących potrzeb - jej częścią jest SOW. Władzę Sądowniczą tworzą Sędziowie według swojego uznania. W razie konfliktu między Władzami rozstrzyga SW, który ma też prawo zawetować każdą decyzję Władz, z wyjątkiem uchwały detronizacyjnej. Siłę głosu w wyborach do Sejmu szlachcic może zwiększyć zwielokrotniając płacony podatek pogłówny. Ani Sejm ani SW nie mogą legalnie narzucić nowych podatków bez zmiany Konstytucji - możliwa jest tylko zmiana wysokości 2 istniejących i dobrowolne darowizny obywateli. Szlachectwa można się zrzec w każdym momencie, może go pozbawić Sędzia lub SW, ale można je nabyć normalną drogą ponownie. Odnośnie Kompleksu - każda osoba ma prawo udać się do Enklawy Kompleksu, kiedy tylko sobie życzy, ale musi być uświadomiona, że wewnątrz żadne prawo ludzkie nie obowiązuje, prócz tego które każdy wnosi ze sobą.

[Edited by PAwleus on Mar 31, 2011 at 00:01]

Mar 06, 2011 at 18:40

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
XI. WŁADCA [post #12]

Tak przygotowani chyba lepiej zrozumiecie dalsze wydarzenia. Obradowała jeszcze Konstytuanta złożona z przedstawicieli Enklaw - dotychczasowych członków Konfederacji, która w zasadzie formalnie jeszcze nie istniała, gdyż przedłużający się proces tworzenia niemal gotowej już Konstytucji jeszcze się nie dobiegł końca, kiedy niespodziewanie dla niemal wszystkich udało się zakończyć Wojnę. Na fali entuzjazmu, po dołączeniu przedstawicieli nowych członków Konfederacji, udało się usunąć ostatnie punkty niezgody i Konstytucja została formalnie jednomyślnie przyjęta, a Marszałek Konstytuanty, w zastępstwie nieistniejącego jeszcze Senatu, zwołał na Sejm Elekcyjny wszystkich którzy kiedykolwiek wrócili z Kompleksu. SOW jeszcze nie istniało, więc byli to jedyni których Konstytucja określała jako należących do Szlachty, ale gdy wszyscy, którzy nie zrzekli się przywileju, zebrali się już w Landing, było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że jest nas już tak dużo. To był wręcz tłum i ku mojej konsternacji okazałem się jedynym kandydatem. Zważywszy na okoliczności, może i nie było to tak niespodziewane jak próbowałem siebie przekonać, więc przyjąłem uznanie i zaszczyt ze wzruszeniem ściskającym gardło. Pokonując problemy z mówieniem, obiecałem wszystkim, którzy dostrzegli jak ważna jest dla mnie wolność, że jej znaczenie na zawsze pozostanie dla mnie kluczowym i tytuł Strażnika Wolności nie stanie się pustą nazwą. Kandydatura została przyjęta przez aklamację, ale, być może, niejeden z nich zastanowiłby się dwa razy, gdyby rozumiał co w moim wypadku oznacza dożywotnie stanowisko. Wtedy jeszcze tego nie wiedział nikt, a i ja tego nie przeczuwałem, ale z biegiem lat okazało się, że podczas mojej wizyty w Kompleksie zostałem dodatkowo obdarowany, choć są momenty kiedy myślę o tym jak o przekleństwie, długowiecznością. Wojna o Złote Runo skończyła się już ponad 80 lat temu i wszyscy, którzy mnie wybierali, już odeszli z tego świata, a ja ciągle niezłomnie trwam i nie zamierzam wypuszczać steru z rąk - mimo znoju i trosk, mimo poczucia ciężaru odpowiedzialności, pokochałem to.

Przez te przeszło 80 lat dokonaliśmy olbrzymiego skoku w rozwoju. Mimo początkowych problemów psychicznych uwidaczniających się w populacji na skalę masową, udało się znaleźć model społeczeństwa, który dzięki religii, zamiłowaniu do piękna i pracy niwelował te przypadłości, przy okazji znacząco zwiększając nasze możliwości konstrukcyjne, choć wydobycie surowców nadal pozostaje naszą piętą Achillesa. Lata pokoju, mimo wielu kryzysów po drodze, także bardzo krótkich o naturze militarnej, pozwoliły na rozprzestrzenienie się po całym Avalonie. I tylko Enklawa Kompleksu, utworzona niedługo po objęciu przeze mnie władzy, ciągle pozostaje niemal w całości dzikim miejscem. A jednak i on został przecież zaprzęgnięty w służbie ludzkości i stał się przewidywalnym źródłem znacznej części naszych dochodów. Patrząc wstecz, muszę powiedzieć, że jak dotychczas, szczęście nas nie opuszczało. Czy może być tak, że jego pokłady okażą się nieograniczone? Czy też raczej ostatnie wydarzenia są sygnałem, że nasze dni są już policzone? Są dni, kiedy chciałbym, aby tak jak ogromnej większości z nas, którzy z czasem przyjęliśmy wszyscy zwać się skrótowo Prometejanami, dana mi była pewność wiary - wiary wynikającej z głębokiego przekonania, że religijne dogmaty Prometejan nie mogą być mylne. Jednak niestety, w mojej naturze jest wątpić...

[Edited by PAwleus on Mar 06, 2011 at 20:05]

Mar 06, 2011 at 18:43

Print
PAwleus
Status: Hero

Posts: 2372
Registered: Mar 24, 2009
IP: Logged
OPIS PAŃSTWA WIDOCZNY W GRZE [post #13]

Biologia - Prometejanie są potomkami mieszkańców Ziemi, biologicznie są więc niewątpliwie Homo Sapiens Sapiens. Jednak skutkiem warunków na Avalonie, ostrej selekcji w początkowych latach istnienia kolonii i ich oddziaływania z budynkiem Obcych, jest to, że nabyli wyróżniające ich cechy, z których najbardziej rzucającym się w oczy jest ich duża odporność na warunki środowiska, wysoka rozrodczość i inteligencja. Zdolności takie mają jednak i ujemne skutki w postaci zmniejszonej siły fizycznej, którą starają się kompensować przy pomocy środków technologicznych, oraz pogorszenia koncentracji i tendencji do zachowań depresyjnych w warunkach stresu, na które remedium znaleźli w religii i zamiłowaniu do pracy. Prometejanie chwalą się, że w toku oddziaływań z budowlą obcych nabyli też szczególne umiejętności w zarządzaniu przestrzenią - weryfikacja jest w toku.

Społeczeństwo - W zakresie socjologicznym, ich zamiłowanie do pracy i piękna przełożyło się na powstanie społeczeństwa rzemieślników-artystów, które sztukę użytkową postawiło na najwyższym piedestale. Co ciekawe, pojęcie sztuki użytkowej rozumieją bardzo szeroko i np. z równym zachwytem jak piękno przedmiotów codziennego użytku podziwiają piękno teorii naukowych. Społeczeństwo jest podzielone na 3 warstwy społeczne. Najmniej liczną, i o nie do końca poznanym znaczeniu, jest warstwa kapłańska. Jako że religia jest dla Prometejan sprawą bardzo osobistą, w naszych kręgach naukowych toczą się zaciekłe spory jaki jest w ogóle cel ich istnienia - niestety sami Prometejanie są bardzo skąpi, jeśli chodzi o udzielanie informacji w tym zakresie. Warstwą o największym znaczeniu wydaje się być warstwa szlachecka, która jako jedyna jest dopuszczona godności państwowych. Osobliwą sprawą jest to, że Prometejanie nie uznają szlechectwa z urodzenia, ale uważają że może go dostąpić tylko ten kto wykaże wpierw, że dobro społeczeństwa jest dla niego tak ważne, iż gotów jest dla niego zaryzykować swoim życiem. Odnośnie ich liczebności Prometejanie nie udostępniają żadnych danych, ale według najbardziej prawdopodobnych szacunków stanowią oni ok. 10% społeczeństwa. Warstwa rzemieślnicza, choć tu trzeba zaznaczyć że Prometejanie zaliczają do niej również pracujących na roli, w usługach i w nauce, a także rzemiosłem zajmuje się aktywnie znaczna część szlachty, to pozostała część społeczeństwa. Pośród ich populacji panuje powszechne przekonanie, że są wyjątkowo hojnie obdarzeni przez los, choć większość zajmujących się sprawą jest zdania że nie ma podstaw do takiego twierdzenia.

Historia - Konfederacja Prometejańska powstała u schyłku Wojny o Złote Runo, jak Prometejanie nazywają walki o kontrolę nad budowlą Obcych, jako koalicja Enklaw sprzymierzonych z Enklawą Prometeusza. Podzielenie społeczeństwa Avalonu na Enklawy jest następstwem znacznej nieprzyjazności środowiska planety, które niemalże spowodowało zagładę kolonii. Na skutek nabytej adaptacji konieczność skupiania się na ograniczonej przestrzeni zniknęła po kilku latach istnienia kolonii, ale podział na Enklawy, prawdopodobnie ze względów historycznych, utrzymuje się. Część badaczy wskazuje też na względy polityczne, ale inni temu zaprzeczają twierdząc, że te zniknęły z chwilą objęcia Konfederacją całej planety. Przełomowym momentem historycznym był powrót pierwszego ze śmiałków z wyprawy do budowli Obcych, który podczas wyprawy nabył znaczne środowiskowe zdolności adaptacyjne, a które według Prometejan są skutkiem działania nanobotów Obcych. Przyniosło to ratunek całej kolonii będącej na krawędzi załamania na skutek postępującego zatrucia metalami ciężkimi występującymi w znacznych ilościach w powierzchniowych warstwach skorupy Avalonu - tu trzeba zaznaczyć, że Prometejanie znaleźli się w takiej sytuacji, gdyż utracili większość centralnej bazy danych podczas walk na uszkodzonym module kolonizacyjnym, zanim zostali przez okoliczności zmuszeni do lądowania. Było to możliwe dzięki możliwości przeniesienia nanobotów na inną osobę przez dotyk, ale niestety, badania wykazują, że taka możliwość ustała i aktualnie możliwy jest tylko transfer w łonie matki. Osobnik ten, zwany Bolko Morawian, nie przestał odgrywać kluczowej roli w historii Avalonu i wypłynął ponownie u schyłku Wojny o Złote Runo, około 10 lat później. Jego rola w zmaganiach rosła, aż została doceniona poprzez zaoferowanie mu po ukończeniu Wojny pozycji dożywotniego władcy Konfederacji. Od tej pory, a jest to już nieco ponad 80 lat, człowiek ten, najwyraźniej obdarzony wyjątkową długowiecznością i siłą charakteru, pozostaje na szczycie władzy, będąc gwarantem pokoju i pomyślności na Avalonie. Badacze ciągle spierają się na temat źródeł jego sukcesu.

[Edited by PAwleus on Mar 30, 2011 at 19:11]

Mar 30, 2011 at 19:09

Print
^ Początek strony ^



Username: Password: Lost your password?

tForum version b0.94.1.2 (© 2003 tForumDevTeam)

The comments published here represent only the personal opinions of the respective users. civ.org.pl and it's staff is not held responsible for the contents of the posts.

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Portal civ.org.pl ani jego redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.


hosted by artserwis.pl - praca, konkursy, portfolia dla twórców.